Anatomia SWE: Extra 20 Melo-Death Pack

Przyznam szczerze, że za każdym razem, jak mam pisać o znanych zespołach, lub oklepanych krajach, trendach, klasykach, to jakoś w trakcie mi się odechciewa. Teoretycznie, wskazane by było, aby od czasu do czasu poruszyć coś, co jest kojarzona chociaż przez jakiś ułamek ludzi na świecie, zamiast jechać ciągle niszowymi ekipami. Postawiłem na Melodeath, bo z jednej strony, jest to styl wystarczająco popularny, że zawsze przyciągnie czyjąś uwagę. Z drugiej zaś, ma on bardzo dużo antyfanów, dlatego też dla nich, spróbuję wyciągnąć jakieś lepsze tytuły, które mogą przekonać do zmiany zdania.

Pominiemy jednak nieco zbyt oczywiste kapele typu Hypocrisy, Necrophobic, Dark Tranquillity, At The Gates, czy In Flames, bo i po co o nich mówić po raz enty, przecież to się zrzygać można. Ja nie wiem jak ludzie mogą chcieć czytać po raz kolejny o tym, co już znają na wylot.

Poniższy zestaw więc, to swoista mieszanka rasowych obskurniaków z klasyką drugiej / trzeciej ligi. Ponieważ mówimy o Szwecji, to jest wysokie prawdopodobieństwo, że już są wam te płyty nieco znane. I nie chciałem też specjalnie męczyć się z doborem i strzelaniem co jest lepsze, a co gorsze, więc poszerzyłem ilość z początkowo planowanych 10, do aż 20 płyt. No i oczywiście, skupimy się na złotych latach '90. Zdaję sobie sprawę, że i tak zawsze znajdzie się ktoś niezadowolony z doboru, czy też stwierdzi, że należało zamiast jednego, wybrać innego, tudzież też się wkurzy, że nie napisałem np. o Eucharist, Unanimated, Sacramentum, lub Defleshed. Niełatwo jest ocenić i trafić dobrze, więc człowiek się uczy całe życie. Ale nie przedłużając...

_________________________________________________________

The Everdawn - Poems - Burn the Past (1997, poprawione w 2012)

Lekko kontrowersyjna sprawa z tym albumem.

Otóż, pierwotna wersja faktycznie wyszła w 1997 przez kultowe Invasion, tak re-edycja, która jest jedyną powszechnie dostępną opcją, zawiera niemalże orwellowskie zmiany.

Po pierwsze, zupełnie nowa okładka, choć zawiera ona dość znany obraz "Parsifal" z 1890, autorstwa Jean Delville (widzicie ile się przy mnie uczycie kultury, nie znajdziecie tylu ciekawostek na judupie), który to parę razy widziałem użytego jako okładkę, na co poniektórych mniej znanych kapelach.

Po drugie, został nagrany wokal na nowo, gdyż pierwotny był beznadziejny. Tak twierdzi wokalista i ja się z nim zgadzam. Porządne granie, bez lukru. Muzycy tego projektu pojawią się jeszcze w tym zestawieniu, a ponadto jeszcze grali w Helltrain i Scheitan. Co do zasady, scena Melodeath była zdrowo kazirodcza.

In Aeternum - Forever Blasphemy (1999)

Są takie zespoły, które się dobrze człowiekowi kojarzą, ale które się właściwie docenia dopiero wtedy, gdy się już je ma na półce. Tak było z In Aeternum. Zawsze miałem dobre o nich zdanie, ale dopiero niedawno sprawiłem sobie ich całą dyskografię (5 płyt - uwielbiam, jak zespoły mają skromny dorobek, mój portfel zresztą też to lubi).

Można ich podsumować krótko: Melodeathowy Marduk, tak z okresu "Those of the Unlight". Do pełni szczęścia brakuje nieco kompaktowości, gdyż utwory są nieco za długie i zyskałyby na swym uderzeniu, gdyby tak trwały z minutę krócej.

A poza tym, to strasznie gorąco polecam ten zespół. 

The Moaning - Blood from Stone (1997)

Ekipa z The Everdawn machnęła jeszcze to oto skromne arcydzieło. Inspirowane Dissection i Sacramentum (bardziej ten drugi), popełnili tylko jeden album, ale za to jaki. Hit za hitem, all killers, no fillers.

Pałętają się po sklepach re-edycje tego klasyka klasy B, więc jak najbardziej warto po niego sięgnąć, nawet jak się nie lubi Melodeath, bo jest to niezwykle chlubny wyjątek.

Ujęli mnie swoją bezpretensjonalnością i tym, że mieli wyraźną frajdę z nagrywania tego albumu. Ewidentnie coś, co  zapewne powstało po którejś z mocno nakrapianych imprez. I do tego też by się w sumie nadawało.

Eternal Autumn - The Storm (1998)

Nie tak dawno sobie powrócili i wydali trzeci longplay w 2024 r., który przeszedł kompletnie bez echa. I trochę słusznie, bo to jednak były nieco popłuczyny. Nieco lepiej prezentuje się ich debiut.

Wydany w Black Diamond, który był firmą związaną z Invasion, a która to miała na koncie mnóstwo tego typu wydawnictw, która nawet jeśli nie zostały klasykami, to cieszyły ucho.

Tak właśnie jest tutaj. Co prawda, trochę za dużo Power Metalu w gitarach, ale da się znieść. Same riffy lawirują między naprawdę energicznymi, a posępną pożogą spod znaku Doom. To co mnie zastanawia, że wokale w Melodeathowych kapelach były często bliżej Black Metalu, niż typowego growlingu. Nie do końca rozumiem dlaczego, no chyba że to po prostu była kwestia ówczesnego trendu?

Ablaze My Sorrow - If Emotions Still Burn (1996)

Niezwykle elegancka i romantyczna okładka jest trochę myląca, bo na wejściu dostajemy kopniaka w jajca i nawet męskie chórki typu Gothic tego nie zmienia.

Jest to jednakże muzyka nieco bardziej wymagająca i niełatwa. Struktury utworów są nieco bardziej kombinowane i pogmatwane. Pojawia się też nutka Rockowa, jak i pojedynki gitarowe typu Iron Maiden.

Ablaze My Sorrow jakby nie patrzeć, należy do wyższej ligi, ale też nie jest tak, że są jakoś szczególnie uznani. Trochę szkoda, bo prezentowali i wciąż prezentują solidny poziom.

Embracing - I Bear the Burden of Time (1996)

Pozwoliłem sobie wkleić drugą wersję okładki, z wydania przez portorykański Khaosmaster, co to zawierało od cholery bonusów i całkiem fajne liner notes. W każdym bądź razie, po raz kolejny dostajemy petardę od Invasion Records. Jakbyście to gdzieś widzieli po 20 / 30 zł, to bierzcie śmiało.

Ten zespół to jest trochę totalna nisza, ale ma oddanych wyznawców. Przede wszystkim, wreszcie jakiś Melodyjny Death ze wściekłym, krwistym wokalem. Muzyka również stara się nadążać, ale częściej woli się trzymać średnich temp. Perkusja może trochę niedomaga, bo tak koleś trochę gra, jakby mu się zestaw miał zaraz rozsypać.

Płyta się trochę rozkręca, ale potrafi pozytywnie zaskoczyć jakimś nietypowym riffem, zagrywką, czy pomysłem na melodię. Jest czego słuchać, ale też nie chcę za wiele zdradzać, bo to dobrze jest samemu odkryć. Dlatego też nazwałbym ich jednym z tych bardziej kreatywnych zespołów, którzy z czasem próbowali iść w technikę.

Gates of Ishtar - The Dawn of Flames (1997)

Po raz kolejny ludzie związani z The Everdawn (i The Moaning) się pojawiają. Tym razem z pełnoprawną ekipą, która miała szansę wejść do pierwszej ligi, ale się rozpadli, gdy ich kariera nabierała tempa.

Pierwotna okładka zawierała, wg słów samych muzyków, "gównianą reprodukcję Conana", czy jakoś tak. No nie podobała im się i wcale się im nie dziwię.

Gates of Ishtar poza wysmakowanymi melodiami lubił też uderzyć w fortepian, jako dodatkowy instrument wzbogacający całokształt. Nie jest go może specjalnie dużo, ale pojawia się w kluczowych momentach, nawet zatrzymując całą resztę na chwilę. Z trzech płyt zespołu, lubię najbardziej ich drugą. Coś powrócili na scenę, ale wolałbym nic nie wydawali nowego. Naprawdę, mam czego słuchać, a moja kolekcjonerska obsesja nie pozwoliłaby mi przejść obojętnie.

A Canorous Quintet - Silence of the World Beyond (1996)

Ach, kolejna wyśmienita, niszowa płyta. Tym razem od No Fashion, który też miał niemałe zasługi dla sceny Metalowej i wypadałoby znać wszystkie rzeczy, jakie ta firma wydała.

Podobnie jak Embracing, ACQ ma smykałkę do inteligentnych melodii i rozwiązań kompozytorskich. Chciałoby się użyć takich przymiotników jak "cudowne", "ukochane", "wspaniałe", itd. itp.

Mieli też drugą płytę, bardziej szorstką, którą później nagrali ponownie, bo nie podobała im się oryginalna wersja. Ja nie wiem, co to muzycy mają jakąś obsesję na zmienianie przeszłości. A potem się dziwić, że ludzie mają tzw. "Mandela Effect". 

Taetre - The Art (1997)

Co prawda ich druga płyta jest tą bardziej uznaną, ale zdecydowanie wolę swojskie klimaty, jak właśnie w tym przypadku. Dziwi mnie trochę brak re-edycji, ale to jest zapewne kwestia czasu.

Nieco bardziej Death, niż Melo, choć to oczywiście kwestia punktu widzenia. Troszeczkę pretensjonalności w lirykach i koncepcie płyty, ale mogę im to wybaczyć. Zresztą tutaj jest to jeszcze całkiem stylowe, czego nie mogę powiedzieć o ich kolejnych wyczynach.

Mam też takie wrażenie, że ten album ma nieco antyfanów z jakiegoś powodu, ale nie wnikam głębiej. Zapewne jakieś oskarżenia o pozerstwo, czy coś w tym rodzaju. Przesłuchać jednak jak najbardziej warto.

Sins of Omission - The Creation  (1999)

Kolejna wytwórnia znana z produkowania Melodeath, czyli Black Sun. Początkowo wahałem się, czy nie wrzucić może Sacrilege, ale średnio mi się podobali, zwłaszcza ichniejszy wokal, lekko podchodzący pod core.

Wtem doznałem olśnienia i sobie przypomniałem o tej obskurnej kapeli trzecioligowej (choć jak każda kapela, ma swoje grono fanatyków). Swoją drogą, ciekawe, czy jak nieuchronnie dostanę Alzheimera, to czy wciąż będę bardziej pamiętał o jakiejś ekipie ze Szwecji z lat '90, niż o tym, żeby wyłączyć żelazko.

W każdym bądź razie, grupa prezentuje nieco surowsze i brutalniejsze wydanie Melodeath i za to im chwała. Ich druga (i ostatnia płyta) była nieco w innym stylu i choć nie była kiepska, to nie da się ukryć, że ich debiut ma wszystkie te właściwe składniki. 

Sarcasm - A Touch of the Burning Red Sunset (1998)

Chciałem zamiast Sarcasm wrzucić Sargoth, bo to by był totalny strzał w pysk, ale po głębszym przesłuchaniu, stwierdziłem że są zbyt Black Metalowi na to zestawienie, niestety :/
 
Zastanawiałem się też, czy wybrać ich niepublikowany album z 1994 r., czy może jednak tą kompilację demówek, która swego czasu była traktowana poniekąd jak pełnoprawny album (Metal zna wiele takich przypadków w swojej historii).
 
Co by nie mówić, jest to solidna muza, a sam zespół z czasem stał się jednym z przykładów udanych powrotów, bo zdecydowanie preferuję i polecam ich nowsze dokonania, gdzie dość specyficznie łączą Doom'owe melodie z Melodyjnym Death, Thrash, Black. Można powiedzieć, że jako jedni z niewielu mają własną, charakterystyczną recepturę.

Decameron - My Shadow... (1996) 

No dosłownie kilka miesięcy temu wreszcie ktoś to wznowił, choć nie widziałem tego jeszcze w polskich sklepach. Kolejny rarytas od No Fashion i kolejna rzecz, którą obowiązkowo trzeba znać. Niech was nie zmyli niskobudżetowa okładka. To ponad godzina konkretnego, podziemnego, gardłowego Death Metalu z wyrazistą melodią.

Nie jest to jednak nachalnie zaprezentowana melodyjność, a taka bardziej rozwijająca się w trakcie trwania utworu. Bo kompozycje są jak najbardziej przemyślane i kreatywne.

Co mnie szczególnie cieszy, to unikanie sztampowego akcentowania riffów, jak robi to większość obskurnych kapel (nie umiem tego lepiej nazwać, ale chodzi o pewien prosty riff typu 2-1 dodawany na koniec sekwencji). Słychać, że mieli potencjał na wyższą ligę, ale życie zrobiło swoje i pozostali w zapomnieniu.

Desultory - Into Eternity (1993)

No chyba bez kitu czołówka, jeśli chodzi o ten styl. Chciałoby się wręcz rzec, że król.

W przeciwieństwie do większości reprezentantów Melodic Death Metal, Desultory prezentuje inne podejście do grania. Zamiast inspirować się Iron Maiden i tradycyjnym Heavy Metalem, tworzą melodie w klasycznym tego słowa znaczeniu, o odpowiednim nastroju i wyczuciu.

Nie udało im się niestety przebić tego dzieła, a nawet zaliczyli mało chlubny etap z Death 'n' Roll. Ich powrót również oceniam umiarkowanie. Ale fakt faktem, po przesłuchaniu ich debiutu, zostaje się fanem na całe życie. 

Cardinal Sin - Spiteful Intents (1996)

Wrong Again Records miało skromny dorobek, ale też udało im się trafić parę razy w środek tarczy. Wybrałem nowszą wersję okładki od re-edycji Helter Skelter, która tak naprawdę jest Regain Records w przebraniu. Generalnie mam mieszane odczucia co do nich, bo z jednej strony, przywracają wartościowe pozycje. Z drugiej zaś, mam duże zastrzeżenia co do poligrafii i niekoniecznie mi się podobają ich decyzje, jak np. z tym co zrobili z Allegiance - czarno białe okładki? Meh.

Cardinal Sin wydali mini-album, który został obecnie poszerzony o 2 numery (z czego jeden jest coverem Death), dzięki czemu całość zamyka się w niecałych 30 minutach. Co tu więcej powiedzieć, żeby się nie powtarzać? Koniecznie przesłuchać i tyle. 

Moonstruck - First Light (1999)

Ku mojemu zaskoczeniu, wciąż można kupić w rozsądnej cenie w niektórych, nieco gównianych dystrybutorach, którzy to nie uznają konceptu darmowej przesyłki i każą sobie czekać nieraz pół roku na sprowadzenie tytułu, choć niby piszą, że jest on dostępny.

Biedny Moonstruck. Wydani przez kiepski label, zajmujący się Power Metalem, czyli Dragonheart. No nie mieli szans na sukces.

Ewidentnie dziecko swojej epoki, bo ma wszystkie charakterystyczne elementy swego stylu, z tą różnicą, że ma nieco lepszy wokal od większości kapel Melodeath, nawet jeśli jest mało energiczny.

Nie są kiepscy, tylko trochę oklepani, ale zdarza im się dobrze wycelować riffem. Bywają też nieraz bycie pompatyczni. Z litości wypada ich posłuchać. Ja zaś jestem dumnym posiadaczem tego kompaktu.

Withered Beauty - Withered Beauty (1998)

Nuclear Blast też chciał sobie coś skubnąć przy trendzie Melodeath z końca ubiegłego wieku. Trochę zachowuje się tutaj demokratycznie, bo nie jestem zbytnim zwolennikiem tego albumu, choć cieszy się on pewnym uwielbieniem. Ba, znajdą się i tacy, którzy uważają to za największe dzieło gatunku. Ja do tej grupy w każdym bądź razie nie należę, ale szanuję to, że płyta ma pewien prestiż.

Fanom może się spodobać szorstkość, chłód i pewna brutalność, choć jest ona nieco podkręcona studyjnie (dużo efektów) i mnie osobiście to nieco razi. Trochę przedobrzony materiał i nieco męczący, zwłaszcza że utwory bywają nadnaturalnie długie.

Melodie też są trochę schowane w produkcji i nie uważam, aby były genialne. Ale tak, jest to w jakimś sensie klasyk podziemia, więc go wrzucam, żeby nie było. Nie zawsze muszę się z czymś zgadzać, ale zawsze mogę to uszanować.

Dispatched -  Blackshadows (1994)

Obowiązkowo musiałem wspomnieć o tej dość specyficznej ekipie, która co do zasady, była uważana za żart, zarówno przez fanów ciężkiego grania, jak i szwedzką scenę. Dlaczego? Jest takie określenie "tryhard" w języku angielskim (to zdanie będzie wesoło wyglądać w google translate), która oznacza kogoś, kto się przesadnie stara być "prawdziwym" i "zajebistym". Tak też jest w przypadku Dispatched.

Mieli też spore problemy ze znalezieniem wydawcy, przez co "Blackshadows" do dzisiaj chyba nie ma oficjalnego wydania, ani wznowienia, za wyjątkiem ruskiego GS Productions, ale kto by traktował serio ruskich? W każdym razie, żadna zachodnia firma nie podjęła się wysiłku wydania tego "klasyka".

Mówię to trochę przewrotnie, bo to jest w jakimś stopniu klasyk i niekoniecznie zgadzam się z ostrą krytyką. Owszem, jest to naiwna muzyka i ewidentnie słychać, że brały się za to nieopierzone dzieci z mlekiem pod nosem, ale ma to też swój urok. I jeszcze to na siłę podpinanie się pod popularną scenę Black Metalową za pomocą okładki, co też zapewne im nie pomogło, zwłaszcza, że w ogóle nie ma tego stylu w ich twórczości.

To, że ten zespół wrócił, to jeszcze pół biedy. Natomiast od 2022, co roku coś wydają i to takiego totalnego gniota, na który by się nawet pies nie odlał. Nie wiem, czy to jest jakaś choroba psychiczna, czy coś innego, ale kompletnie tego nie rozumiem. 

Internal Decay - A Forgotten Dream (1993)

Ci, co śledzą rynek i sprawdzają sobie takie firmy jak Vic Records, mogli się delektować w tym roku wznowieniem tego dość mocno pompowanego dzieła. Mówię tak, bo dość często album ten jest rekomendowany i chwalony pod niebiosa.

Ja mam trochę umiarkowany do nich stosunek. Z jednej strony, jest to konkretny Old School Death Metal w najlepszym wydaniu. Z drugiej, jest to protoplasta-Melodeath, z nieszczęsnym wokalem podchodzącym pod Black i nieco tandetnymi klawiszami, robiącymi za atmosferę. W jakimś stopniu lubię, ale się nie zaciągam zbyt mocno.

Niestety, kolejny przypadek powrotu na scenę, tak jakby mało było zespołów na świecie. I do tego jeszcze z mini-albumem. Ja się zastanawiam, czy ktoś poza Marią Konopnicką ma wystarczająco dużo miejsca, żeby pomieścić te wszystkie pierdółki, które są wręcz wysrywane przez wytwórnie. 

Decollation - Cursed Lands  (1993)

Niemalże pół-godzinny mini-album i dość wczesna pozycja Listenable Records. Jest to mój personalny faworyt, choć skłamałbym, że nie ma on wad. No niestety ma i to sporo. Jak np. dziadowski wokal (naśladujący Petera z Vader, ale kompletnie nie umiejący tego robić?), czy fatalna wręcz amatorska produkcja.

Minusy jednak nie przesłaniają plusów. Puśćcie sobie otwierający numer, a szczęka wam sama opadnie na glebę, bo zaczyna się od bardzo kozackiego motywu i riffów. Zresztą, bardzo dużo się dzieje i utwór cały czas ewoluuje.

No i fakt faktem, niektórych może to trochę nudzić. Ale jak się nie zrażacie łatwo, to wam też się spodoba.

Ceremonial Oath - The Book of Truth (1993)

Na koniec najbardziej znany obskurniak, głównie za sprawą dwupłytowej re-edycji od Century Media, która notabene trochę zapoczątkowała cały ten szał na reanimowanie trupów. Myślę, że chyba dużo osób powinno kojarzyć tą płytę.

Ceremonial Oath był wczesnym klasykiem, kiedy jeszcze ten styl się dopiero formował. Dlatego też nie brakuje typowo brudnych, szwedzkich gitar i charakterystycznych dla starej szkoły riffów.

Jest to też koncept album. Co prawda, niespecjalnie się wgryzałem czego owy koncept miał dotyczyć i też się tym niezbyt interesowałem. Mieli jeszcze drugi rzut, w którym gościnnie pojawili się wokaliści In Flames, oraz At The Gates. Nie pomogło to za wiele, a grupa się rozpadła.

_________________________________________________________

No, to tyle na dzisiaj, mam nadzieję, że to wystarczy na razie. Do następnego. 

Komentarze