Anatomia USA: Pantera

Wahałem się nieco, czy pisać o dzieciakach z dobrych domów, które zrewolucjonizowały Metal. Ale poza Panterą, Slayer (King/Hanneman), czy Metallicą i Larsem Ulrichem, to nie bardzo byłem w stanie znaleźć jakieś inne przykłady. Metal to jednak była domena dzieci z trudnych domów, o trudnym tle rodzinnym. Skupimy się więc na Panterze i tego, co zrobiła z Metalem w latach '90. Trochę świadomie też chcę wybierać bardziej popularne zespoły z USA do analizy, niżli rasowy Black / Death, gdyż cykl "Anatomia" ma też poniekąd za zadanie w sposób obiektywny odzwierciedlać duszę danego kraju, a tego typu granie tak naprawdę jest bliższe ciału Amerykanina, niż Cannibal Corpse, czy inspirowany europejskością Black Funeral. A więc tak, próbuję spojrzeć w duszę jankesów i tego, co im tam gra.

Dzisiaj nie jest już żadną tajemnicą, że przed nudnawym "Cowboys From Hell", Pantera miała na koncie aż 4 płyty wydane własnym sumptem, ale pamiętam jak jeszcze opowiadałem o tym w 2002 r. koledze, to uważał, że go wkręcam i robię sobie z niego jaja. "Ty przestań wierzyć we wszystko, co czytasz w internecie" miał rzec...

Pantera ma swoje korzenie w bogatej pipidówie w Tekasie, zwanej Arlington i była też jednym z tego typu mieścin, które posłużyły za inspirację do fikcyjnego miasta Arlen z animowanego serialu "King of the Hill". Będę też nawiązywać do tego serialu, jakby co.

Zanim Darrell został Dimebag'iem, to był najpierw Diamond Dave'm. Darrell był geniuszem gitary, mocno inspirowanym Van Halen (podobnie jak Trey), a jego niesamowity talent budził postrach na tyle, że w którymś momencie dostał bana na uczestnictwo w konkursach gitarowych, gdyż raz, że je non-stop wygrywał, a dwa, że miał wyższe umiejętności od jurorów, mimo iż nie przekroczył 15 lat. Rodzeństwo Abbottów zresztą wpisuje się w te klasyczne rodzeństwa Metalowe, obok takich tuz, jak Sepultura, czy Krisiun. Ich ojciec zresztą, był dość majętny (zapewne sprzedawał Propan w butlach i akcesoria do Propanu). I to na tyle, że im wybudował studio i założył wytwórnię "Metal Magic", która zajmowała się też prawami autorskimi w pierwszej dekadzie funkcjonowania Pantery.

Jerry Abbott (ojciec), gdy zobaczył rachunek za prąd (wersja ilustrowana)

Grupa miała też innego wokalistę, z którym nagrała 3 płyty. Terry Glaze nie zrobił żadnej kariery poza Panterą (a szkoda). Sam Anselmo pojawia się jednak na czwartej i ostatniej płycie klasycznej Pantery, pt. "Power Metal". Nakręcono też wiele promocyjnych klipów w latach '80, jak np. ten:


Gusta się jednak zmieniają. Ponadto, na scenę wkracza Nirvana / Grunge i praktycznie styl, który wykonywała do tej pory Pantera z dnia na dzień stał się archaiczny i niemodny. Sam zespół odcina się grubą kreską od swoich starych dokonań, w sposób iście orwellowski, próbując wymazać istnienie czy to, "Projects in the Jungle", czy "I Am The Night" z historii. Co dziwne, nawet wspomniany "Power Metal" nie dostaje drugiej szansy i jakiejś re-edycji, choćby pod innym tytułem, mimo iż nie budziłby on aż takiego dysonansu jak reszta. Jest to o tyle frustrujące, gdyż obu braci Abbott nie ma już z nami na świecie, ale z uporem maniaka, choć już wszyscy znają i wiedzą o tych płytach, dalej nie ma woli, aby wreszcie wydać oficjalnie ten materiał i trzeba posiłkować się bootlegami. Jest to wg mnie olbrzymi minus i jedna z wielu rys na renomie ekipy.

Przyznam też szczerze, że osobiście do dzisiaj dużo chętniej sięgam po ich pierwsze 4 płyty, właśnie utrzymane w tej stylistyce Heavy / Power / Speed, niżli po ich bucowate, oficjalne dzieła, którymi męczyli później. Bo muszę powiedzieć, że nigdy specjalnie nie byłem fanem ani Pantery, ani tym bardziej Machine Head. Mogę sobie ich przesłuchać od czasu do czasu, ale nigdy nie będą mieli szansy wskoczyć u mnie na listę równie wysoko, co Immortal, Death, czy nawet mniej znany Pessimist.

Tak więc, jak wszyscy wiemy, od strony wizerunkowej, nastąpił zwrot o 180 stopni. Z gówniarzy ubranych w spandex i lalusiowate ciuchy, przeszli w przepocone spodnie i koszule, choć najlepiej się czuli na golasa, oraz zamieniono wytrawne wino na whisky, papierosy i narkotyki. Bananowa młodzież przetransformowała się w pato-wieśniaków z prowincji. Był to jednak o dziwo, strzał w dziesiątkę i doskonałe wyczucie "ducha czasu".

Pantera była pierwszym tak prymitywnym Groove Metalem, który do tego jeszcze osiągnął epokowy sukces. Owszem, był i Exhorder z Luizjany, ale oni grali bardziej Death / Thrash z dużą dawką Groove, a potem przeszli trochę na Stoner / Brutal Thrash na "The Law". Był też i Prong, ale oni byli zdecydowanie bardziej artystyczni. Zapewne prekursorów takiego grania jest wielu, ale obiektywnie mówiąc, żaden z nich nie zarobił tyle kasy co Pantera i nie ma też takiego statusu.

"Cowboys From Hell" jeszcze miało parę naleciałości z poprzedniego stylu, ale w połączeniu z robotycznym, jednostajnym graniem, oraz nieudolną próbą wokalu między lawirowaniem jak Rob Halford, a byciem Tough Guy Hardcore, sprawiało że efekt końcowy był co najmniej mierny. Nie zmienia to oczywiście kultowego odbioru, sęk w tym, że nie jest to album jednoznaczny, bo choć zapewne dla wielu ludzi jest to klasyk w chuj, to i też znajdzie się równie wielu ludzi jak ja, którzy powiedzą, że grupa jeszcze się dopiero rozgrzewała. 

Do tego jeszcze dochodzi prywata, bo pamiętam, jak słuchałem tego albumu po raz pierwszy gdzieś  w okolicach 2002-2003. Kolega pożyczył mi zestaw CDr różnych zgrywek. Obok Iced Earth, Blind Guardian, Manowar, Cradle of Filth, Bal Sagoth, Slayer (błędnie zgrane, zamiast niektórych tracków był White Zombie, a "At Dawn they Sleep" było ucięte), Soulfly, Tool i parę parę innych, była właśnie Pantera i ich "oficjalny" debiut. Pamiętam jak się wynudziłem przy tym, aż wręcz przewijałem, bo tak ślamazarnego, monotonnego albumu, to aż się nie dało słuchać.

Zdecydowanie lepiej prezentował się "Vulgar Display of Power", ale jego to usłyszałem dopiero z 10 lat później, jak już byłem głęboko w Death Metalu. Nie miał już szans zrobić na mnie takiego wrażenia, jakie mógłby zrobić wcześniej. No cóż, Pantera straciła swoją szansę u mnie i niekoniecznie chciałem dawać im drugą. Niemniej jednak, ich drugi strzał w Groove Metal jest nieporównywalnie na wyższym poziomie i to już jest coś, co jestem w stanie szanować. To i też byłem niezwykle zdziwiony, kiedy to "Far Beyond Driven" okazał się być jeszcze lepszą płytą i do tego zdecydowanie ostrzejszą, zahaczającą wręcz w niektórych momentach o Death / Grind. Phil Anselmo miał zresztą w niedługim czasie brać udział w równie ważnym superprojekcie Down, oraz reanimować legendarną Necrophagię. Jego ciągotki ku ekstremie więc były coraz to mocniej widocznie.

Na tym jednak zatrzymał się ekstremizm Pantery, gdyż ich następny krok, czyli "The Great Southern Trendkill" jest nudny jak flaki z olejem i mało się trzyma kupy (klip do "Drag the Waters" często pojawiał się w ramach Superock na MTV po północy i to zawsze była męczarnia dla mnie, żeby przez to przebrnąć i nie przełączyć na inny kanał). Jest to co prawda, jeden z lepiej ocenianych albumów przez ludzi retrospektywnie, ale nie bardzo rozumiem o co tyle szumu. Ani nie ma jakiegoś porządnego kopa, dużo za to jest pitolenia i eksperymentów na siłę. Do tego jeszcze brzmienie Sludge, które w połączeniu ze standardowo jak na zespół, jałową produkcją, usuwa całe mięcho z gitar (maximum reverb, minimum basu). To nie jest Crowbar, którego riffy potrafiły trząść oknami i to kolejna rzecz, która mnie zniechęcała do tej muzy. Pantera wymęczyła jeszcze jeden niepotrzebny album w 2000 r., "Reinventing the Steel", po czym się na szczęście rozpadła. Bracia Abbott przeszli do Damageplan i wydarzyła się parę lat później tragedia, która zabiła Dimebag'a i uczyniła go mesjaszem Metalu.

Jak więc oceniam całokształt Pantery? Mieszanie. Mieli całkiem dobre początki, których nie powinni się byli nigdy wstydzić, a ich okres Groove, niezależnie od jakości, choć miał negatywny wpływ na gatunek Metalowy jako całość (choćby poprzez Nu Metal), to jednocześnie oceniam pozytywnie ich wpływ na młodzież. Nie wchodząc nadmiernie w politykę, zdecydowanie preferuję wzorzec męskości prezentowany przez Panterę, z całymi jego wadami, niżli jakieś alternatywną inżynierię społeczną. Bo co by nie mówić, da się poczuć, że dla wielu młodych ludzi, to co oferowała Pantera było lecznicze - szacunek do samego siebie, możliwość wyżycia się i wyrzucenia negatywnych emocji, etos wojownika i braterstwo. We współczesnym, wykastrowanym społeczeństwie, wartości wręcz zapomniane i zakrzyczane. I może dlatego też warto jest się przeprosić z ich twórczością?

Sam zespół zresztą wciąż koncertuje, przynajmniej z tymi członkami, którzy jeszcze żyją. Mam nadzieję, że nie przyjdzie im do głowy nagrywanie jakiegokolwiek nowego materiału pod tą nazwą, bo to byłaby jednak mimo wszystko profanacja. 

Mnie natomiast najbardziej ciekawi - co uważacie o Dimebag Darrel'u? Czy jest on dla was Bogiem Gitarowym? A jeśli tak, to dlaczego i którą z jego solówek lubicie najbardziej? Pozdro i do nastepnego. 

Komentarze