Labels Spotlight: Black Mark

 

 

SWITCH TO ENGLISH

Legendarna firma, odpowiedzialna za wiecie-kogi... ale też była to firma, która robiła wiele krzywych rzeczy, o których chciałbym napisać. Więc... od czego by tu zacząć?

Nudny wstęp: Tyfon Grammofon był typową na tamte czasy, firmą dystrybucyjną (każdy kraj miał takową). A ponieważ Heavy Metal był ultrapopularny w latach 80s, szef firmy, Borje "Boss" Forsberg, postanowił zaryzykować i wypuścić coś autorskiego, zaczynając od słynnej kompilacji "Scandinavian Metal Attack", na której narodziła się legenda (tak, mowa o Bathory). Odbiór był tak gorący, że kolejna decyzja została podjęta - czyli wydanie debiutu Bathory. W tym celu zostało powołane Black Mark Productions. Aczkolwiek, jest bardzo dużo niedomówień i tajemnic wokół tej stajni, więc każdy fakt dotyczący ich działalności należy przyjmować z ostrożnością.

Thomas "Quorthon" Forsberg (czyli główny mózg Bathory) całe swoje życie zaprzeczał, że tajemniczy "Boss", który nagrał i wydał wszystkie jego płyty, był w rzeczywistości jego ojcem. Może robił to bo się wstydził? W końcu, kto by chciał być znany jako bogaty synalek tatusia? Choć tak szczerze, to nigdy nie widziałem, aby ktoś z tego tytułu darł łacha. Aura i kult wokół Bathory jest tak silny, że taki drobiazg wydaje się być mało istotny.

Zresztą, nagły hit Bathory pomógł Black Mark rosnąć, poszerzając swoje uniwersum o więcej legendarnych zespołów, zaczynając od Edge of Sanity, Invocator, Agressor, Necrosanct, Seance, Lake of Tears, Morgana Lefay a na Cemetary kończąc. Nawet takie obskurniaki, jak Tribulation, A.R.G., Rosicrucian, Mental Crypt, Leukemia, czy Anesthesy (żeby nie wymieniać w nieskończoność) były warte grzechu i winny być przesłuchane chociaż raz. Talent, który firma zgromadziła robił wrażenie. Nie pamiętam, abym był rozczarowany jakimkolwiek wydawnictwem od Black Mark, niezależnie od gatunku. Bo poza wczesnym Black / Speed, oferowali Death, Gothic, Progressive, a nawet Power Metal. Każde z nich grało z wyobraźnią. Nie kojarzę, aby wytwórnia miała chociaż jedną kiepską grupę w katalogu.

Ale nie wszystko było cacy. Przykładowo, Agressor miał śmiesznie niski budżet na nagranie swych płyt, co dało w efekcie końcowym okropną produkcję, którą zespół poprawił dopiero dekady później (i już w innej wytwórni). I niestety, ale to był standard, jeśli chodzi o produkcję. Większość zespołu brzmiała kiepsko na wieży i nigdy nie było to poprawiane. Kolejny przykład to Morgana Lefay, która przez kilka lat wydawała płyty jako "Lefay" w Noise Records, a dla Black Mark nagrali "żart", zamiast płyty, którego obecnie nawet nie zaliczają do swojej dyskografii.

Często płyty nie miały tekstów, zdjęć, czy jakiś dokładniejszych informacji, a zamiast tego była reklamówka wydawnictw od Black Mark. I choć wytwórnia dawała dużo swobody swym artystom, nie umiała wypromować swych artystów. To by tłumaczyło, dlaczego nigdy nie stała się poważnym graczem, jak i fakt, że Szwedzkie grupy wolały jednak podpisywać kontrakt z zagranicznymi firmami. Ostatecznie, Black Mark był skromną, domową firmą w postaci małego biura, bez większej wizji, poza wydawaniem ich głównego chlebodawcy, czyli oczywiście Bathory. Z tego też względu, ostatnie lata tej stajni to był śmietnik różnorakich tanich "the best of", wydawanych w celu szybkiego i łatwego zysku.

Ich ostatnim autorskim wydawnictwem było raczej średniawy gotycki album projektu Jennie Tebler's Out of Oblivion*, zwany "Till Death Tear Us Part" w 2008 r. Potem to już wytwórnia tylko wznawiała niektóre swoje klasyki, z Bathory na czele, aż do śmierci Boss'a w 2017 r.. Pewnie, wciąż wychodzą jakieś limitowane edycje na winylu, ale podejrzewam, że jest to robione na licencji.

Black Mark ogólnie przypomina mi nasz rodzimy Metalmind, prowadzony przez "Dziubę" Dziubińskiego (też nie żyje), aczkolwiek, trzeba powiedzieć, że BM było zdecydowanie uczciwsze niż MM. Ale i tak, jest jeszcze jedna rzecz, która mnie zastanawia...

Widzicie, rozumicie. posiadam płyty Bathory, który były wytłoczone po 2003 r. i niespecjalnie mogę je polecić. Nie tylko każda z nich ma dodane jakieś niepotrzebne outro na końcu, nie tylko niektóre elementy zostały wyrzucone (jak jedyne zdjęcie zespołu, które pojawiło się na "Blood Fire Death", extra obraz na "Hammerheart", lub teksty na "Requiem"), ale co najgorsze, posiadają pewien trudny do zrozumienia defekt, z "Twilight of the Gods" będącym tego najbardziej skrajnym przykładem.

O co chodzi? Oryginalna wersja CD miała 7 oddzielnych tracków, zgodnie z tracklistą. Natomiast nowa wersja ma pierwsze trzy utwory połączone / zmasterowane w jeden track. Ta praktyka zdarza się na wszystkich klasycznych płytach Bathory, do "Octagon" włącznie. Na każdej z tych płyt, praktyka ta się przytrafia co najmniej jeden raz. Więc jeśli ktoś chce sobie puścić konkretną piosenkę, może mieć z tym poważny problem.

Więc jeśli chcecie mieć w kolekcji płyty Bathory, to lepiej szukajcie starszych wersji. I nie przejmujcie się, nic nie stracicie przeciwnie. Zwłaszcza, że nie ma też mowy o jakimś remasterze na nowszych wersjach. Jest to bardzo zastanawiające i zagadkowe, wszak mówimy tutaj o dość osobliwej sytuacji, gdzie ojciec wydaje dyskografię swojego zmarłego syna. I to tak wygląda, jakby miał głęboko w dupie to, jak zostanie to wydane. A że już nikt nie zapyta Bossa o przyczyny tychże niedociągnięć, to nigdy się tak naprawdę nie dowiemy, czy była ku temu jakaś przyczyna. Ale szkoda, że taki zespół, jak Bathory nie doczekał się prawdziwych wznowień, na jakie zasługiwał.

* okay, więc wytwórnia miała jednak jakąś kiepską kapelę. Dość wspomnieć, że Jennie Tebler była młodszą siostrą Quorthona, więc wygląda na to, że wszystko pozostaje w rodzinie.

Komentarze