Anatomia USA: Vöetsek

Rzadko przeklinam na blogu, staram się nie dawać negatywnego przykładu młodzieży i innym, ale muszę to powiedzieć: dzisiaj wyjątkowo subiektywnie o zespole, który dla większości z was będzie najzwyczajniej w świecie chujowy. Dla mnie zaś, ma on ogromną wartość sentymentalną. Tak, będą wspominki.

Co prawda, mogłem wybrać nieco lepszy zespół na wspominki, ale trudno. Biliony muszą cierpieć. 

Rok 2008. Kryzys bankowy, po którym wydarzyła się pandemia koronawirusa (wtedy powszechnie zwanego ptasią grypą). W przeciwieństwie do 2020 r., raz że wydarzyło się na odwrót (czyżby system się uczył jak niszczyć społeczeństwo skuteczniej), a dwa, że nie przełożyło się to na globalną kwarantannę, a i też sceptycznie patrzono na magiczne eliksiry od skompromitowanych korporacji farmaceutycznych. Co ciekawe, ci sami ludzie, którzy wtedy podjęli słuszne decyzje, 12 lat później zrobią zwrot ideologiczno-intelektualny o 180 stopni. To tak, żeby wiadomo było, jaki był kontekst czasów i jak bardzo się one różniły od współczesności.

Będąc gówniarzem, który już coś tam wiedział, ale tak naprawdę, to jeszcze miał całe tabuny klasyków przed sobą do poznania, dopiero tak naprawdę zaczynał słuchać Metalu na poważnie, odrzucając dziecinne Black Metalowe popularne pierdy i coraz głębiej wchodząc w podziemie.

To też były doskonałe czasy dla niezależnych firm fonograficznych, których płyty można było bez problemu znaleźć w Empiku. Wśród nich, był wtedy już może nie raczkujący, ale wciąż świeżutki Selfmadegod Records. Zakochałem się w Toxic Bonkers bez pamięci, po czym poznałem Hirax "Assassins of War EP", kompilację demówek Dead Infection, niesłusznie zapomniany szwedzki geniusz rasowego Deathgrind na najwyższym poziomie, czyli Sewn Shut, a także kompletnie anonimowej formacji grającej Crust, czyli genialnego Security Threat, itp. itd. Ponadto, każda z tych rzeczy była stosunkowo tania, bo się mieściła w granicach od 12 do 20 zł.

Praktycznie, wszystko czego się SMG nie tknął, było dla mnie obowiązkowe, przynajmniej żeby dać szansę i przesłuchać, bo i też nie wszystko mi odpowiadało, jak np. tragiczny XXX Maniak *. Już wtedy mieli swoją stronę internetową, gdzie można było ściągnąć 30-sekundowe próbki mp3 i obczaić materiał. I tak też, jak się pojawiła zapowiedź Vöetsek (po afrykanersku oznacza to mniej więcej "spierdalaj").

Zajebista okładka autorstwa Andreia Bouzikova (będę musiał o nim zrobić post). Zajebisty tytuł płyty - "Infernal Command". Styl: Crossover / Thrash Metal z nutką Grindcore. Zapowiadało się dobrze. Niestety, nie widziałem tej płyty w Empiku, złota passa zdawała się kończyć i wszystko zaczęło wracać do podziemia. Więc że tak powiem, przesłuchałem owy album z tzw. alternatywnego źródła, bo youtube jeszcze reprezentował biedę (zresztą dalej reprezentuje). "Infernal Command" jest drugim albumem ekipy i przyznaję, że nigdy nie chciało mi się sprawdzać ich debiutu.

Pierwsze co się rzuciło w uszy, to wokal. Ale nie byle jaki wokal. Mój kuzyn miał w zwyczaju mówić o wokalistkach Metalowych per "locha". W tym wypadku, byłoby to niedopowiedzenie, gdyż wokal obsługiwała dość pokaźna pani o imieniu Ami Lawless. Nie będę wrzucać zdjęcia, bo nie ma po co robić jumpscare, ale uczciwie mówiąc, początkowo myślałem że to nadzwyczajnie korpulentny facet. Wokal ten będzie główną osią niezgody w przypadku tej ekipy, gdyż 99% słuchaczy albo parsknie śmiechem, albo powie, że totalne gówno obesrane. Mi też się ten wokal nie podobał na początku.

Ale, ponieważ w tamtych latach miałem więcej czasu i mniej płyt na głowie, to sobie regularnie słuchałem tego materiału. I co prawda, jest coś takiego, że im więcej czegoś słuchasz, tym bardziej się do tego przyzwyczajasz, aż w końcu akceptujesz album takim, jaki jest. To nie znaczy jednak, że Vöetsek był kiepski. Wręcz przeciwnie. Co prawda, do poziomu Toxic Holocaust, czy Municipal Waste to im było daleko (a taki też był wtedy trend i punkt odniesienia), ale bynajmniej nie brakuje atutów.

Dość wspomnieć o naprawdę sympatycznym numerze, jak "What Would Lemmy Do?", czy "Blueprint for the Perfect Circle Pit". Moim personalnym faworytem do polecenia jest "Frozen Heart" - zaskakująco genialny numer. Gitary tną aż miło i nawet starają się wykonać jakieś popisy gitarowe, których nie powstydziłby się Iron Maiden, ale jest w tym wszystkim zapach piwa i smak pizzy, więc wiadomo, że mamy do czynienia z Crossover'em. Młodzieńcza naiwność dodaje wszystkiemu pewnego uroku. 17 numerów w 21 minut i szlus. Bez patosu, zbędnych manifestów. Przyszli, zagrali, rozpieprzyli meble, poszli. Tak należy grać Metal.

Może więc dlatego mam taki specyficzny sentyment do tego już nieistniejącego projektu, gdyż ekipa ta nie nagrała trzeciego ciosu, ale może to i dobrze. Obecnie generalnie wychodzę z założenia, że im skromniejsza dyskografia, tym lepiej to świadczy o danym zespole.

I nie jest to bynajmniej ostatni post wspominkowy, bo gdzieś w trakcie pisania, złapałem potrzebę na odświeżenie sobie Sewn Shut - z 10 lat tego nie słuchałem. Do następnego.

_____________________________________________

* Z XXX Maniak wiąże się dość ciekawa inba. Mianowicie, w ramach jakiegoś kretyńskiego zabiegu marketingowego, gitarzysto-basista tego dwu-osobowego projektu o nazwisku Moore utrzymywał, że był przetrzymywany wbrew swej woli w piwnicy wokalisty, Anthony'ego West'a. Okazało to się wszystko być jedną wielką ściemą, która narobiła nieco kłopotów West'owi, przez co też projekt ten się rozwiązał dość szybko. Co dziwniejsze, Pan Moore zmienił później płeć i grał w kultowym zespole Absu, gdzie udzielił(a) się w 2011 r. na płycie "Abzu". Stare nawyki dały o sobie przypomnieć i Pan(i) Moore znów zaczął kręcić kontrowersje wokół swojej osoby, co efektywnie skończyło się wyrzuceniem osobnika z zespołu. Swoją drogą, ciekawe jest też to, że XXX Maniak miał teksty nazwijmy to łagodnie, kobieto-sceptyczne, co w połączeniu z ową zmianą płci, świadczy co najmniej o hipokryzji Moore'a, jeśli nie jakiejś głębszej chorobie psychicznej.

Komentarze