Anatomia TUR: Witchtrap
Zazwyczaj jest tak, że dany zespół klasyfikuje się z obowiązującym w danej chwili trendem. Tak było z nowymi Thrashowymi kapelami, które wciąż były silnie osadzone w Speed / Power / Heavy, potem analogicznie z Death Metalowymi, a na końcu z symfonicznymi grupami, które udawały Black Metal. Witchtrap w głębi serca było grupą osadzoną w specyficznym Doom / Heavy Metalu, zawieszonym między klasycznym, Sabbathowym walcem, a bardziej ówcześnie nowoczesnym, czyli grobowym graniem. Innymi słowy, brzmieli jak rasowa grecka kapela, przez to chcąc nie chcąc, podpięli się pod tenże nurt Black Metalowy.
O Turcji można powiedzieć wiele, jako o państwie. Mianowicie, niby druga armia w NATO, więc niby wyraźne opowiedzenie się po którejś ze stron, ale kulturowo są rozdarci miedzy tożsamością Imperium Osmańskiego, a współczesną, bardziej świecką i zreformowaną, europejską odmianą, przynajmniej do czasu, aż pojawił się u nich pewien prezydent... Ale to właśnie przez te problemy, jako kraj niewiele mogą się pochwalić, jeśli mówimy o poletku Metalowym. Turcja dzisiaj będzie się raczej kojarzyć z tym, że Mayhem w swym legendarnym składzie (czyli Euronymous + Dead) zagrał koncert w Stambule*, z którego również miała pozostać na pamiątkę nagranie koncertowe, ale jak to bywa, ktoś te nagrania zaiwanił.
Niemniej jednak, jak każdy, prawdziwy kraj ma tzw. "narodowy styl", oraz wytwórnię, która bardzo starała się wypromować swoją rodzimą scenę. Jeśli chodzi o to pierwsze, to tak na dobrą sprawę wykształcił się on dopiero po 2002 r. dzięki działalności takich klasyków, jak Cenotaph, czy Decimation, czyli mam na myśli Brutalny Death Metal. W przypadku tego drugiego zagadnienia, to mowa o Hammer Müzik, który był (i chyba dalej jest) odpowiedzialny za wydawanie 80% tureckich kapel (w tym dzisiejszego bohatera posta), jak wspomniane wcześniej dwie nazwy, które niczym Vader, zdołały się przebić szerzej do globalnej sceny, oraz mniej znane formacje, jak Asafated, Death Project, czy Undermost, które wątpię, aby ktoś tutaj kojarzył.
Witchtrap zdecydowanie jednak nie jest typowym reprezentantem "narodowego stylu" Turcji, gdyż z ich muzyki bije wspomniany wcześniej zapach śródziemnomorski. Z perspektywy historycznej, turecka grupa grająca na grecką modłę, nie wydaje się być wcale aż tak egzotycznym pomysłem, mimo znaczących barier kulturowych. Wszak kraje są sąsiadami i mają wzajemny bagaż doświadczeń. Ale podczas, gdy większość tureckich kapel stawia na brutalność, Witchtrap idzie w stworzenie odpowiedniego nastroju i atmosfery.
Ich debiutancki (i zresztą jedyny) album "Witching Black" był nagrany początkowo w 1994 r., ale musiało minąć dobre 3 lata, zanim został on wreszcie wydany oficjalnie na kasecie, gdzie wersja digipack CD (w zamyśle na rynek światowy) ukazała się po następnych 5 latach, gdzie jak można się domyśleć, było to grubo po tym, jak grecka scena święciła triumfy. Nie ma też żadnej winylowej wersji, jeśli się nie mylę.
Dzisiaj pewnie nie miałoby to może aż takiego znaczenia, zwłaszcza że wiele płyt i tak wychodzi wpierw w formie cyfrowej, ale też weźcie pod uwagę to, że jeśli sam mam oryginalną edycję kupioną tanio, bo gdzieś się walała w jakimś sklepie na magazynie nietknięta 20 lat później, to raczej za dobrze nie było, jeśli mowa o sprzedaży...
Muzyka jest oczywiście przyjemnie prymitywna, w tym charakterystycznym połączeniu Doom / Death, z Blackowym wokalem. W riffach, poza okazjonalnym orientalizmem, mocno wali starym Rotting Christ. Muzycy zdają się być naturszczykami, ale udaje się im mimo wszystko osiągnąć zadowalającą głębię melodyjną i w 30 minut zaprezentować swoje możliwości. Już otwierający płytę "Asura" pokazuje esencję ducha Witchtrap. Jak to również bywa w przypadku egzotycznych zespołów, tytułowy utwór (czyli przypominam, "Witching Black") jest zdecydowanie najlepszy. Nie jest tych tracków jakoś specjalnie dużo, bo pomijając intro / outro, dostajemy równo 7 ciosów. Kompozycje też do skomplikowanych nie należą, a wraz ze swojską produkcją, brzmią brudno, żeby nie powiedzieć, że jakby zasyfione. Nie ma jednak co się pieścić i zdecydowanie dobrze radzę zapoznać się z ich materiałem.
Grupa istnieje do dzisiaj i niby sobie tam koncertują od czasu do czasu, ale nigdy nie nagrali drugiej płyty, choć z tego co wiem, jakiś tam materiał niby mieli napisany i nawet coś próbowali go uwiecznić. Nie powiem, żebym miał z tego tytułu jakiś ból, czasami jedna porządna płyta wystarczy aż nadto.
* co za debil przetłumaczył "Istanbul" na "Stambuł"? Podobnie jak zmiana z Mjanmaru na Mjanmę - ktoś chyba naprawdę nienawidził języka polskiego.
Komentarze
Prześlij komentarz