Anatomia Fin: Sarcofagus
Jeśli chodzi o muzykę ekstremalną, to pionierami w rozwoju były głównie dwa kraje: Niemcy i Anglia. Anglia była kluczowa, bo Venom i Motorhead, ale Niemcy produkowali się na masową skalę (jak zresztą ze wszystkim, łącznie z mordowaniem Polaków). Brazylijczycy bardzo szybko podchwycili niemiecki sznit (ciekawe dlaczego Południowa Ameryka tak bardzo jest przesiąknięta niemieckością hmmm 😏), a nawet podkręcili to o 100 stopni. Purytańskie Stany Zjednoczone bardzo długo nie chciały się bawić w żaden satanizm i nawet taki Slayer był bardziej wyjątkiem, niż regułą, gdyż USA był zajęte babraniem się w Glam / Hard Rocku. To już bardziej Kanada miała się bardziej czym pochwalić - Sacrifice, Razor, Exciter, Damnation, Witches Hammer Voivod, Piledriver, Slaughter, oraz Aggression (o którym już pisałem, klikaj ciulu, specjalnie ci linka zrobiłem). Serio, Kanada jest cholernie niedocenianym krajem i traktowana niesłusznie jako żart (fani komiksów powinni wiedzieć, że Deadpool i Wolverine są Kanadyjczykami, a także słynny serial South Park również jest z tego kraju).
I generalnie wydawało mi się, że coś "wiem", bo przesłuchałem tysiące, a właściwie, to bez kozery dziesiątki tysięcy (prowadzę statystyki i mówiąc dokładnie, mam oznaczone 14624 płyt Ekstremalnego Metalu od 2009 roku - takie skrzywienie zawodowe). I nagle, kompletnie z dupy, natrafiłem na tą płytę w jednym ze sklepów online. Coś przykuło moją uwagę i początkowo myślałem, że jest to coś wydanego przez słynne High Roller Records *, ale o dziwo nie. Na winylu wyszło w barwach Svart (która bierze na tapetę, zgodnie z pochodzeniem, wszystko co jest finlandzkie), oraz, i tu byłem mile zaskoczony, Nuclear War Now! Lepszej rekomendacji mi nie trzeba. Mądremu parę słów starczy, a głupiemu to i doktoratu będzie za mało. Na CD jakaś nieznana włoska wytwórnia, więc zbyję to milczeniem. Nie zdziwie się, jak po tym poście, nagle różnorakie re-edycje wystrzelą, zauważyłem ostatnio, że następuje dość dziwna synchronizacja, między tym, co piszę, a co się zaczyna pojawiać na półkach...
Ale już koniec dygresji (choć bardzo je lubię). Finlandzki Sarcofagus miał ciężką drogę. Wciąż jedną nogą w psychodelicznym i okultystycznym Hard Rock'u lat '70, a jednocześnie, jak wielu innych młodzianów w latach '80, mieli parcie na to, aby być szybsi, ciężsi i bardziej agresywni od swoich idoli. Co prawda, z tą agresją i szybkością to trochę przesadzam, ale jak się popatrzy na fakt, że ich pierwsza płyta z 1980 r. ("Cycle of Life") wyszła przed debiutem Iron Maiden, Tank, Mercyful Fate, "Ace of Spades" Motorhead i uwaga uwaga, na ponad rok przed debiutem "Welcome to Hell" Venoma. Więc na tamtym etapie, Hellhammer i Bathory to jeszcze przez dobre 3 lata nie istniały, to wyłania się nam obraz de facto pionierów i faktycznie, w tamtym okresie musiał to być konkretny mózgojeb.
Bo styl Sarcofagus można by podsumować, jako taki Black Sabbath + Celtic Frost, ale w toporniejszych, bardziej amatorskich tempach i z duża dozą psychodelii. W 1982 poszli bardziej w kierunku Motorhead, ale to wciąż jest cholernie nowatorskie granie. W 1980 roku wydali dwie płyty, odpowiednio na początku oraz końcu roku, czyli już wspomniany, dziwaczny "Cycle of Life", oraz bohater dzisiejszego posta, czyli nieodżałowany "Envoy of Death". O pierwszej płycie (może) napisze w przyszłości, bo to też dobry temat. O ile jeszcze ten pierwszy, to jest taki dziecięcy, naiwny Rock, o tyle ten drugi, to już jest naprawdę konkret. Zresztą, był on na tyle mocny, że aż musiałem o nim napisać, N'est-ce pas?
Wg dzisiejszych standardów, to ktoś mógłby powiedzieć, że się to zestarzało okrutnie i nie będę pudrował rzeczywistości, to brzmi archaicznie. Ale w swym dinozaurowym bicie, tkwi tak naprawdę esencja i duch Metalu w swej najlepszej formie, która sprawia, że mimo wszystko słucha się tego naprawdę zajebiście.
Nie muszę mówić, że rejestrowanie tego typu muzyki rodziło się w bólach. Nie do końca wiem, jak wyglądał proces nagrywania materiału, ale zważywszy na to, że Sepultura miała niemały problem ze stworzeniem "Bestial Devastation EP" w 1985 r., to się można zastanawiać, jakim cudem finlandzka firma miała odwagę zainwestować w coś tak niegrzecznego i antysystemowego. To nie były zresztą jedyne problemy. Nie bardzo dało się takie cuś promować, to ich koncerty łagodnie mówiąc spotykały się z gwizdami, zwłaszcza, że grupa paradowała z pentagramami i corpse paintingiem (tak, tak, Black Metal tego nie wymyślił drodzy Zoomerzy, on tylko chciał wrócić do korzeni, parafrazując Euronymousa). Perkusista popełnił samobójstwo i był obecny tylko na jednym utworze z płyty "Envoy of Death". Płyta spotkała się z aż tak złym odbiorem, że wytwórnia zabroniła im używać nazwy "Sarcofagus" i następny album, już bardziej motocyklowy, wyszedł jako Kimmo Kuusniemi Band.
Grupa potem jeszcze wróciła, aby oddać należyty hołd swojej twórczości i nagrała czwartą płytę, z babką na wokalu, która już była bardziej Powerowa, oraz ponownie nagrane stare hity zespołu, po czym było kaput. To tyle, gwoli ścisłości, ciekawe że niemalże każda grupa z lat '80 miała potrzebę wrócić i dać przysłowiową kropkę nad i. Jest to w jakimś stopniu dopełnienie sprawiedliwości społecznej, nie będę tego oceniał.
"Envoy of Death" jest płytą przede wszystkim przesiąkniętą riffami Black Sabbath. Mamy i siermiężne walce, jak i ten wczesny Groove, który charakteryzował Sabbatów. Mamy też klawisze i inne efekty budujące przestrzenny, wręcz kosmiczny klimat. W jakimś stopniu powiedziałbym, że jest to nieudolna próba gówniarzy brania się za Prog Rock. Mamy też pana szatana i diabelskie wokale, choć z dzisiejszej perspektywy, one mogą brzmieć komicznie. Jest też odrobina eksperymentów pod koniec, nieco w stylu The Residents (klik klik, warto się zapoznać, nie bądź frajer), łącznie z backmaskingiem (czy jest coś bardziej satanistycznego, niż puszczanie muzyki od tyłu?). Konceptualnie, album jest poświęcony historii 6 ludzi, którzy spotkali się ze śmiercią i opowiada ich dramatyczną historię. Serio, zachęcam do przeczytania tekstów, są o dziwo bardzo dobre. Język angielski nie był ich rdzennym językiem, ale dali radę. Warto też zauważyć egipski motyw na okładce. Jest to nawiązanie mitu o teście, który przechodziła dusza wg egipskich wierzeń, czyli tzw. psychostazji. Wedle tego mitu, na szali było brane pióro i serce. Jeśli serce było cięższe od pióra, było rzucone na pożarcie krokodylom, a dusza wyrzucana do piekła i przeklęta na wieki.
Żeby pokochać Sarcofagus, nie wystarczy przesłuchać tego jeden raz. Za pierwszym razem jest bardzo możliwe, że parskniecie śmiechem i się zastanowicie "jakim cudem jest to kultowy album?" Prawda jest taka, że najlepiej jest to sobie puszczać non-stop pod rząd i za trzecim, lub czwartym razem, ta muza chwyta. Jak to mawiają, za pierwszym razem z kogoś szydzą, a pod koniec z nim walczą. A jak już raz chwyci, to bynajmniej nie puści. Na gwiazdkę, w sam raz polecam wrócić do korzeni, bo tak naprawdę, bez znajomości podstaw, nie ma sensu brać się za tworzenie przyszłości. Co najważniejsze, jest to najlepszy dowód (obok polskiej sceny i TSA, Kat, Turbo), że świat nie kręci się wokół anglosaskich krajów i że reszta świata też ma wiele do powiedzenia. A w przypadku Sarcofagus, to nawet jest wręcz w tym ciekawsza. I niemalże, każdy wczesny zespół Metalowy, niezależnie od kraju pochodzenia, musiał się borykać z problemami i brakiem zrozumienia.
* W sumie High Roller mają dobry model biznesowy - wznawianie klasyków typu Destruction, Angel Dust, Voivod, Exumer, Assassin, Protector, itp. itd. wiadomo że to się sprzeda w ogromnym nakładzie, kilka sklepów w Polsce na tym zresztą jedzie.
Ciekawe, aż ich sprawdzę. Swoją drogą dziwne, że nie mieli uznania, w końcu nowatorzy, którzy grali ciężej lub mroczniej niż dotychczas zwykle szybko zdobywali fanów -choćby nawet Black Sabbath, Venom
OdpowiedzUsuńDuża w tym wina finlandzkiego społeczeństwa i nietrafienia w publikę. Mam wrażenie, że jakby koncertowali tylko dla punków, a nie normalsów, to by coś osiągnęli. Wystarczy popatrzeć, jak sobie poradził u nas Kat - debiut dopiero w 1986, a byli żywą legendą już dużo wcześniej, dzięki zbuntowanej młodzieży.
OdpowiedzUsuń