Beyond Metal: Dylan Dog

Cholera, już tak zbieram się i zbieram do napisania paru słów o tym mistrzowsko przeciętnym komiksie, który jednocześnie nigdy nie zawodzi (z małym wyjątkiem, ale może poruszę to dalej). Muszę to wreszcie wypuścić, bo się uduszę (dosłownie i w przenośni). Zapraszam do extrasa.

___________________________ 

Umberto Eco jest cytowany, że zdarzyło mu się powiedzieć, że mógłby całymi dniami czytać Biblię (choć miał poglądy dość sceptyczne na te tematy), Homera, oraz właśnie Dylan Dog'a.

Jeśli chodzi o komiksy (głupia nazwa, szkoda, że nie wymyślono lepszej), to musicie wiedzieć, że są 3 nurty:

- amerykański, czyli zeszytowy, 18-25 stron, za wyjątkiem specjalnych i rocznikowych, opera mydlana w rozdziałach typu Moda na Sukces, głównie superbohaterowie i tandetna scena indie nastawiona na ekranizację w Netflixie. Wielkość: średnia, papier - do lat '90 - toaletowy, za sprawą Image i Malibu Comics - kredowy, potem to już różnie. Ogólnie jednak, więcej marketingowego chwytu, niżli realnej jakości. Mam sentyment, ale jest to najgorsza forma komiksu. Niemniej jednak, zawsze będę kochać serię X-Men, stąd też mój nick "mutant".

- japoński, czyli najbardziej popularny, mini-książkowy. 200-320 stron zebranych rozdziałów, które wcześniej były publikowane w tzw. antologiach. Te, co odnoszą sukces, lub renomę, później doczekają się zbiorczego wydania. Owa zbiorczość zostanie później zapożyczona przez amerykanów, do zbierania swych tasiemcowych numerów w jeden TPB, czyli Trade Paperback, czyli volume, czyli wydanie książkowe. Tematyka dowolna, każda rzecz, łącznie z pierdzeniem pod wodą, ma swoją niszę, nazwę i odbiorców. Sami Japończycy mają ambiwalentny stosunek do literatury, bo znani byli z tego, że kupowali sobie coś do poczytania w trakcie podróży w metrze, po czym raczyli to wyrzucać do kosza, nie traktując tego jako sztukę, a bardziej tandetę typu "Pani Domu". Aha, jest jeszcze zajebiaszcza obwoluta. Przy tak dużej różnorodności gatunkowej, praktycznie nie ma za grosz różnorodności stylu. Widziałeś jeden japoński komiks, widziałeś je wszystkie (nie zawsze tak było, ale to osobna dygresja). Ponadto, są czarno-białe. Z czasem powstały też chińskie, koreańskie itp. inne azjatyckie odmiany, ale Japońce były pierwsze. Średnio lubię, jak jest dobre, jak Dragon Ball, to super, ale jak nie, to NIE. A hentai nawet nie komentuje.

i wreszcie

- europejski, chyba najmniej znany z tych trzech i mam wrażenie, najmniej popularny. Format: albumowy, czyli duże bydle na 60-80 stron. Raczej zamknięte historie w obrębie woluminu, różnorodność graficzna i tematyka dowolna. W kolorze, który również bywa malowany klasycznie, jak obraz, zamiast komputerowego, jak w amerykańskich produkcjach. Chciałoby się powiedzieć, najlepsza opcja ze wszystkiego - ambitne historie, pełen artyzm, stylówa i nawet jeśli seria sięga nieraz dużej ilości odcinków, to jest to do ogarnięcia. Moja ukochana forma komiksu i bardzo niedoceniona, choć swego czasu Egmont ze swoim Światem Komiksu i Śledziu z Produktem robili co się dało, żeby to promować, za co im wieczna chwała. Chciałoby się rzec, po raz kolejny Europa jest kolebką kultury. Najlepsze kraje, jeśli chodzi o komiksy: Belgia, Francja, Włochy + Polscy artyści, którzy z jakiegoś powodu, często tam żyją i pracują (np. Rosiński, Kasprzak). Dość wspomnieć, że twórca Asterixa, nazywał się Rene Gościnny, bo jego rodzina pochodziła z Polski (co chyba widać po nazwisku). Jest więc bardzo dużo polskich wątków w tychże krajach.

Dylan Dog jest komiksem włoskim. Pisanego przez Tiziano Sclavi (przez najbardziej chwalebną część historii serii) i rysowanego przez wielu wybitnych artystów. Dylan Dog jest komiksem pod wieloma względami skrajnie postmodernistycznym. Poza tym, że pojawiają się tam bogowie, wilkołaki, zombie, wampiry, UFO, czasem naraz, to również mamy historie realistyczne, polityczne i takie, które mogły, lub wydarzyły się, w prawdziwym świecie.

Sam Dylan Dog, abstynent, czyli były alkoholik, z zabawnym kompleksem Edypa, jest wzorowany na aktorze Rupercie Everett (nie cierpię odmieniać angielskich słów), a jego pomocnik, Groucho, na Groucho Marx'ie. W sensie, że są po prostu skserowani i w amerykańskim świecie, prawnicy by zjedli twórcę na surowo za takie bezczelne naruszenie dóbr osobistych. Same historie, mają miejsce w Anglii, bo tak.

Dylan Dog jest tzw. detektywem koszmarów. Dostaje i bierze te sprawy, które spełniają wymóg fetysza paranormalności, albo które normalny człowiek by wyśmiał. Nie Dylan, on siada w pozie, która zapewne podoba się kobietom, słucha i rozkminia. Po czym idzie w nieznane. Niejednokrotnie nie jest on protagonistą danej opowieści, a tylko jego narzędziem, deus ex machina, bronią Czekowa. Jest niespełnionym romantykiem, który choć potrafi być twardy, to jest ogólnie zajebistym kolesiem, z którym chętnie byśmy się napili piwa, choć Dylan napiłby się tylko herbaty (bo jest abstynentem i do tego Anglikiem). Groucho regularnie sadzi kilka sucharów na minutę, które o dziwo śmieszą. I umie strzelać z pistoletu, w przeciwieństwie do Dylana. Oboje jeżdżą nad wyraz tandetnym, niesprawnym autem. Ich kolega z branży, były przełożony, Inspektor Bloch (zgadnijcie od kogo zaczerpnięte to nazwisko), jak Aspirant Stępień, wzbudza sympatię i politowanie zarazem. Arcywróg i nemesis Xabaras, kręcący wąsem, jak Dick Dastardly, nad swoim najnowszym planem zamienienia planety w grobowiec zombie, też ma swój urok, choć potrzeba się w niego nieco wgryźć na dłużej. Dlatego też, można scharakteryzować serię jako horror noir, z elementami groteski i pop-kultury. No i gołe cycki, wszak mówimy o Włochach, oni nie odpuszczają nigdy.

Dylan Dog ma ponad 445 odcinków i jest nieprzerwanie publikowany od 1986 roku.

Podobnie jak Usagi Yojimbo (polecam), poznałem dzięki wspomnianemu Tomaszowi Kołodziejczakowi i jego Światu Komiksu. Na pierwszy rzut rzucił bezprecedensowy hit, w postaci "Johnny Freak" (to ta sprawa oparta na faktach) i słusznie wybrał okładkę Mike'a Mignoli, świeżo po (zasłużonej) eksplozji popularności Hellboy'a na świecie (o tej serii też powinienem napisać).


Jeśli ta brutalna historia was nie wciągnie, to nic na was nie zadziała. W Polsce wydawcy się zmieniają i co chwilę ktoś inny się bierze za publikację Dylan Dog'a, ale najważniejsze, że kolejne tłumaczenia wciąż się pojawiają. Z innych przygód, to nasz kochany Dylan brał się za teorie spiskowe dotyczące korporacji, seryjnych morderców, miast, których nie ma na mapie, zakrzywień czasowych, grał w szachy ze śmiercią (tego typu oklepanych motywów nie brakuje, ale to nie jest zarzut), rozkminiał terrorystów, czy też brał udział w klasycznym kryminale typu Agathy Christie, z drobną modyfikacją w postaci wiedźm z Salem. Dla każdego coś miłego i przede wszystkim humor jest tym, co sprawia, że się chętnie sięga do każdej części. 

Ale też da się odczuć, że postać ta była wehikułem dla autora, który pisał akurat o tym, co w danej chwili przeczytał, albo go zaciekawiło. Tworzy to poniekąd ciekawy przekrój, wręcz zarys społeczeństwa włoskiego i jego przemian, jak i odniesień do jego własnej mitologii na tle reszty świata... Dobra, przestanę może tutaj. Chodzi o to, że dobrze sobie wymyślić takiego bohatera, który umożliwia opowiedzenie dowolnej historii, na którą ma się w danej chwili ochotę. I zawsze wygląda to świeżo, a także unika się rutyny.

Moje jedyne zastrzeżenie jest tylko do mini-serii o tytule "Dylan Dog 666". Nie wiem, na ile jest to parodia typu LGBT / woke, a na ile poważna próba wprowadzenia postaci w nowoczesny świat, ale wiem, że nie nadaje się ona nawet jako srajtaśma. Unikajcie jak najdalej, bo to nie jest seria reprezentatywna i na szczęście dość szybko się skończyła. A nie chciałbym, abyście losowo akurat na to gówno trafili.

Warto czytać komiksy, warto czytać Dylan Dog'a. Jeśli chodzi o samych Włochów, to z tych bardziej znamienitych serii, mieli również Nathan Never (Dylan Dog, ale w kosmosie i kto inny wymyślił) i generalnie każdą rzecz wydaną przez Sergio Bonelli Editore. Ponadto, udało się też Włochom przerobić nieszczęsnego Kaczora Donalda w siejącego postrach Paperinika (po polsku to był Superkwęk) i jest to autentycznie przekozacka seria, która również pojawiała się w częściach w Polsce. Mało co robi wrażenie na Amerykanach, ale superbohater Donald zmiażdżył. Generalnie Włosi mają ogromne zasługi dla rozbudowania mitologii Disney'a i też polecam Don Rosa i jego "biografię" Sknerusa McKwacza, bo ten komiks autentycznie wszedł do kanonu najwybitniejszych opowieści obrazkowych wszech czasów.

Zastanawiam się, czy nie powinienem chętniej promować włoską kulturę na tym blogu, ale to już czas pokaże, co mi się umyśli we łbie. Tutti frutti parmigiano gabagool.

Komentarze