DOPPELGANGERS: Incubus
Dawno nie było tej serii, najwyższa pora ją nieco odświeżyć!
Incubus to nazwa, która w obecnej świadomości społecznej przetrwała w dużej mierze jako amerykański zespół Alt Rockowy, z przełomu lat '90 i '00, co zaczynali od grania Funk Metalu. Spowodowało to też, że drugi znany Incubus, również amerykański, aczkolwiek założony przez Brazylijczyków, którzy się przenieśli do stanów, musiał zmienić nazwę wpierw na Incubus Rage, aby ostatecznie przekwalifikować się na Opprobrium.
Mało tego, był jeszcze krótko żyjący projekt Mike'a Browning'a po odejściu z Morbid Angel, który również nazywał się Incubus. Pozostał po nich skromny singielek. Ja jeszcze kojarzę australijską formację Death / Thrash, która wydała demówka, a została po dekadach wznowiona wspólnie z inną australijską kapelą, Spectral Birth.
Ale okazuje się, że był jeszcze jeden średnio znany Incubus, z kraju krzywych zębów, znaczy się Wielkiej Zębiarni, eee, Brytanii. Uwielbiam to swoje paździerzowe poczucie humoru.
Choćbym nie wiem ile przesłuchali płyt z fali NWOBHM, zawsze odnajdziecie coś, co wam umknęło, nawet jeśli nic formalnie nie wydali w tamtym okresie. Już odpowiednie wytwórnie zadbają o luksusową kompilację. Chodzi natomiast o to, że wczesna epoka 1980-1984 była wyjątkowo płodna i stanowiła największy szczyt popularności Metalu na świecie, który później częściowo powtórzył Nu Metal, choć niekoniecznie z równie pozytywnym odbiorem, czy tym bardziej nostalgią.
I owe kapele w sumie dzieliły się na dwa rodzaje
1) Miecz, zamki, smoki, wikingowie, średniowiecze, piraci, fantasy
2) Szatan, okultyzm, czarna magia, demony i seksowne wiedźmy.
I o ile jeszcze zapewne nie raz sięgnę z tego okresu po zespoły z tej drugiej kategorii, tak dzisiaj pokrótce opowiem o jednej z nich, czyli dobrze zgadliście, Incubus.
Dyskografia skromna, bo split i jeden album, czyli "To the Devil a Daughter" (1984, obrazek u góry), który jak mniemam został zaczerpnięty z filmu z 1976 r. o tej samym nazwie, produkcji nieodżałowanego Hammer Horror Film Productions (ech, kolejny temat do opisania na przyszłość), a do którego to, okładka doskonale wręcz pasuje, choć jest to troszeczkę spojler zakończenia (ups). Biografia mówi, że mieli w planach drugi album "Seance" na 1985 r., ale zniknęli z powierzchni ziemi.
Wczesne kapele NWOBHM, które parały się okultyzmem, jak również Angel Witch, Demon, czy Wytchfynde, z jednej strony lirycznie, czy nazwijmy to, wizualnie, potrafiły iść w ekstremę i popadać w konflikt z prawem obyczajowym. Na nic to się jednak zdaje, jeśli wokalnie i perkusyjnie jest na tyle łagodnie, że mógłbym to puścić starym. Wiele zespołów z fali NWOBHM nie potrafiła skutecznie odciąć pępowiny od Hard Rocka, czy Psychodelii. I nie inaczej jest też tutaj, aczkolwiek doceniam to, że nawet jak wokalista śpiewa, to jednak stara się to robić surowo i groźnie, choć oczywiście, jest to czysty wokal.
Nie wiem jak wy, ale ja już tak się odzwyczaiłem od normalnego śpiewania w muzyce, że nie jestem w stanie słuchać radia w aucie, bo mnie aż mdli. W każdym bądź razie, ktoś, komu Metal kojarzy się z Suffocation, czy Mayhem, będzie po prostu ziewać przy tej płycie. Jest jeden poważny atut, w autentycznym klimacie opuszczonego miejsca, za sprawą nieco mglistej produkcji. Ma się nieco wrażenie, jakby przebywało się w jakiejś opuszczonej katedrze, nawet jeśli takie numery jak "Night of Vengeance" nieco psują dobre wrażenie za sprawą refrenów i zbyt "wesołego" strojenia gitar. Ogólnie druga połowa płyty nieco siada, bo zaczynają się durnowate balladki i schodzimy z tematów szatańskich na rzecz piosenek o miłości.
Nie zamierzam więc polecać, choć ja zapewne bym mimo wszystko przytulił do kolekcji, na półkę z kategorią "Vintage Occult Heavy Metal". Bo choć dalekie od ekstremy, to ma swój czarci urok i jestem w stanie sobie wyobrazić ten album jako soundtrack do taniego Horroru z późnych lat '70.

Komentarze
Prześlij komentarz