Collector Corner: Wrath Me the Show

Dawno temu, zadając się ze starszakami, często gadaliśmy sobie o ulubionych zespołach, a starsi koledzy opowiadali jak to było, a także przy okazji, pytali się mnie o znaczenie słów, lub zdań po angielsku. I mieliśmy takie jedno powiedzonko, którego genezę wam przytoczę.

Mianowicie, kolega spytał co to znaczy "Show Me The Wrath" (numer Sepultury z "Morbid Visions"). Ja mu odpowiedziałem, że "Pokaż mi swój gniew". I on się zaśmiał i opowiedział mi, że dawno temu, były takie pół-legalne książeczki z tłumaczeniami tekstów, bo pierwsze edycje kaset, notabene, również z szemraną oficjalnością, nie posiadały wkładki, a i tak nieraz był cud, jak posiadały właściwą okładkę. Więc jak ktoś był ciekawy, to mógł próbować odnaleźć właśnie tego typu małe książeczki (tak przynajmniej zrozumiałem opowieść).

I dochodząc do puenty, w owej książeczce poświęconej "Morbid Visions", wspomniany "Show Me The Wrath" został przetłumaczony jako "Wściekły jest mój Show", w tym sensie, że koncert. I mieliśmy z tego niemałą bekę i weszło to do naszego kanonu. To tyle jeśli chodzi o to, dlaczego taki tytuł posta.

Zasadniczo, nie lubię koncertówek. W dużej mierze uważam je za marnotrawstwo cennego miejsca na półce i w dużej mierze są to gloryfikowane "Greatest Hits" danego zespołu. Uczciwie mówiąc, nagrania Live mają sens bardziej dla klasycznych zespołów z lat '70, tudzież ich naśladowców, czyli Grunge. Przyczyna tego też jest taka, że rzadko kiedy zespoły Metalowe robią ciekawy show, albo odchodzą od normy, czy zaskakują słuchacza. A zespoły Death Metalowe to jest wręcz straszna nuda, gdyż grupy w dużej mierze starają się dokładnie odwzorować riffy tak, jak na płycie, bez żadnych odstępstw. To już pod tym względem lepiej się ogląda nawet kaszaniasty Black Metal, bo tam coś się przynajmniej dzieje i jest nieco Punkowo. I dlatego też może lubię Speed Metal na żywo, bo te zespoły potrafią być ekstremalne, ale również widowiskowe. No i też brzmienie takich płyt jest nieraz gorsze niż demówki. Z jakiegoś powodu, rzadko trafia się jakieś selektywne nagranie jakiegoś występu.

Od każdej reguły oczywiście są wyjątki. I chlubnymi przykładami zespołów, których koncerty są wręcz doskonałe, to każdy zespół, w którym występuje Max Cavalera, ale również Vader, Hirax, Septic Flesh i Varathron. Ci dwaj ostatni to wręcz potrafią wyciągnąć coś więcej z danego utworu. Ale też trzeba przyznać, że greckie zespoły są po prostu wyjątkowe.

Dlatego też pomyślałem sobie, że przeglądnę swoją kolekcję koncertówek i wybiorę kilka przykładów wydawnictw, które można uczciwie polecić i podam też dlaczego. Nie mam ich jakoś specjalnie dużo, tak około 30, ale jak już się na coś decydowałem, to już musiał być sztos. Ja zapodam wam 13, bo to pechowa liczba, a ja takie lubię. Nie będzie w tym zestawieniu Death, to była tylko i wyłącznie przynęta. Wszelkie nagrania żywo Schuldinera mam jako bonusy na re-edycjach jego dyskografii. No to siup w ten pusty dziób. Kolejność alfabetyczna:

 

Autopsy - Live in Chicago

Zdążyłem się już nieco zrazić do Autopsy i mieć po dziurki w nosie nadproduktywności Reifert'a, ale zanim tak się stało, to skusiłem się na tego Live z kilku powodów: okładka + książeczka na bogato, nowy track, oraz historia wydawnictwa.

Mianowicie, w zamyśle miało to być "the best of" trasy koncertowej i pierwsze oficjalne wydawnictwo Live zatwierdzone przez sam zespół. Zamiast tego, nastąpiła pandemia, więc skończyło się na jednym koncercie w Chicago (Polska stolica w USA?). Głównym zarzutem, jaki bym postawił, jest nadmierne skupienie się na pierwszej płycie grupy, gdyż spokojnie można było wybrać parę mniej oklepanych numerów. 

Niemniej jednak, chyba takie ostatnie wydawnictwo Autopsy, które warto mieć w kolekcji, nawet jeśli już wtedy byli nieco przebrzmiali.

 

Behemoth - In Absentia Dei

Można, a nawet wręcz trzeba krytykować Behemotha za jego niektóre durne wybryki, czy też poglądy, ale trzeba oddać, że potrafią robić show. Czyli ten aspekt, który krytykowałem wcześniej, został usunięty.

Nagrane w trakcie pandemii, jako widowisko wręcz filmowe w opuszczonym i praktycznie rozpadającym się klasztorze. Jak najbardziej na tak. Wszystko zresztą brzmi i wygląda tak jak trzeba, w pełni profesjonalnie.

Jedyny mankament jest taki, że nie ma za bardzo wersji DVD, a jest tylko Blu-Ray, więc nie jest to tania impreza, mówiąc uczciwie. A już tym bardziej nie ma sensu kupować samej wersji na CD. To jest koncert, który należy oglądać, a mniej słuchać.

 

Crossfire - Live Attack

Zapomniana belgijska formacja, jedna z tzw. "wielkiej czwórki", obok Killer, Ostrogoth, oraz Acid. Crossfire, ze względu na wiek, bliżej do lepszych czasów, więc i nagranie Live również jest w dobrym stylu. Ba, wiele z tych numerów wyszło lepiej niż w studio. I dlatego też mi się tak podoba.

Pierwotnie wydana przez szemrany Metal Enterprises, o którym warto sobie poczytać stary artykuł na The Corroseum (gorąco polecam, młodsi czytelnicy powinni edukować się w historii Metalu). Zostało wznowione wraz z resztą dyskografii przez Hellion Records, stylizowane na wydawnictwo typu High Roller - czyli plakat z okładką, slipcase i layout jak z bardzo wczesnych lat cedeków.

 

Dark Funeral - De Profundis Clamavi ad Te Domine

Chyba jedna z tych bardziej popularnych koncertówek, która spodobała się fanom nie tylko zespołu, za sprawą żywiołowej reakcji publiczności, w tym przyśpiewce quasi-piłkarskiej (oleeee, ole ole ole, Daaark Fuuuneeeraaaaal). I była to też przez jakiś czas jedyna płyta Dark Funeral, którą znałem od kolegi, który sobie ją kupił i pozwolił zgrać. Starszy kuzyn kolegi też się tym Live ekscytował, nie wiedząc, że już zdążyliśmy poznać materiał przed nim.

Obecnie, materiał z tego występu znajduje się jako bonus tracki do re-edycji dyskografii zespołu (i w takiej też formie posiadam), więc nie ma większej potrzeby polować / szukać na to konkretne wydawnictwo.

 

Mayhem - Live in Leipzig

Nie trzeba chyba jakoś specjalnie przedstawiać, jest to słynny zapis koncertu Dead'a w Lipsku (to kiedyś będzie polskie miasto, mówię wam), wraz z Mayhem. Ja się załapałem na ubogiego digipacka od Avantgarde, ale jakoś nie chciałem go wymieniać na nowszą edycję od Peaceville, które też swoją drogą, bezwstydnie wznowiły pozostałe 3 koncerty z 4 (nagranie z Turcji zostało skradzione), w ramach trasy koncertowej Mayhem.

Dla wielu osób, te wersje numerów będą tymi ostatecznymi i trudno się z taką opinią nie zgodzić. Inna sprawa, że jeśli chodzi o dyskografię Mayhem, to więcej jest właśnie takich specjalnych wydawnictw, niż płyt studyjnych.


Morbid Angel - Juvenilia

O "Entangled in Chaos" pisałem tutaj, więc nie ma sensu się rozpisywać bardziej, zwłaszcza że jest to taka nieco średniawa koncertówka. Dużo ciekawiej wypada natomiast "Juvenilia", która zawiera ich niemalże historyczny zapis z koncertu w UK w 1989, który to najpierw był nagrany jako bootleg na wideo, a później wielokrotnie, do zarzygania, wznawiany przez Earache (jak zresztą widać i w tym przypadku).

Dla wielu ludzi jest to ostateczna wersja grupy, z czym się raczej nie zgadzam, gdyż nie uważam, aby Morbid Angel kończył się na "Kill 'Em All", ale to już dygresja. Jedna scena z zapisu wideo, która utkwiła mi w pamięci, to jak jeden z fanów wszedł na scenę powąchał pachy Richarda Brunella, po czym wskoczył z powrotem do publiki. Zdarzenie można zobaczyć na klipie do "Immortal Rites", który jest wycinkiem tegoż koncertu.

 

Mortiis - Transmissions from the Western Walls of Time

Tą koncertówkę kupiłem sobie zgoła z dość nietypowego powodu. Mianowicie, buczenie przez publikę i obśmiewanie samego Mortiisa. Nie wiem, czy rzucali w niego pomidory, ale można byłoby odnieść takie wrażenie, że ludzie mieliby i na to ochotę. Występ odbył się w 1997 r.

Sam materiał też nie robi jakiegoś większego wrażenia i jest przekrojem jego starych wypocin, niektórych o swojej własnej, ciekawej historii, jak Battles of Ice, pierwotnie zrobione dla Fermenting Innards (dużo tych linków dzisiaj).

Jakość jest taka sobie, a CD nie ma rozdzielenia na poszczególne tracki, tylko ma to wszystko na jednej ścieżce. Przyciągnęła mnie więc tzw. "piękna katastrofa" tego wydawnictwa.


Obituary - Ten Thousand Ways to Die

Obituary swego czasu miało udaną koncertówkę "Dead", której co prawda nie posiadam, aczkolwiek rozważam, a która wyszła post mortem. Po latach niebytu i złej passy, ekipa się związała na nowo i efekt końcowy był różny. Uczciwie mówiąc, mam nadzieję, że grupa nie wyda kolejnej płyty w życiu, aczkolwiek obawiam się, że będzie inaczej.

Ta kompilacja zaś prezentuje ciekawy pomysł - 2 nowe tracki, z czego ten tytułowy został ponownie nagrany i wydany na płycie "Obituary" rok później. Reszta zaś to przekrój 11 numerów zagranych na trasie w różnych miejscach świata. I choć wiadomo, która płyta dominuje, to nawet wyszedł im zróżnicowany materiał. Co by nie mówić o jakości ich ostatnich albumów, na żywo to ta grupa wciąż potrafi zrobić niezłą rozpierduchę.

 

Phlebotomized - Live

Phlebotomized to jest dość specyficzna grupa, która lubowała się w eksperymentach, dziwactwach, oraz balansowaniu między kiczem, a sztuką. Ich cała dyskografia zresztą była wznawiana w ten i nazad. Za wyjątkiem ich pierwszego demka, które notabene było jednocześnie nagraniem na żywo.

I jest ono o tyle wyjątkowe, że utwory te nigdy więcej już później się nie pojawiły w repertuarze grupy, a mimo iż jest ich tylko 4, to całość trwa niecałe pół godziny. I jest to też ich najbardziej Death Metalowe oblicze, choć już na tak wczesnym etapie zdarzyło im się kombinować.

Wydane przez Dark Recollections, które jest firmą nazwijmy to, na wpół profesjonalną. Wydają fajne rzeczy, ale wyglądają one nieraz amatorsko. 


Sepultura - Under a Pale Grey Sky

Człowiek czasem sobie nie zdaje sprawy co posiada w swoich archiwach. Wydana nieco późno, bo w 2002 r., wręcz złośliwie, bo rok po wydaniu przez Sepy albumu "Nation". Jest to dwupłytowy zapis ostatniego koncertu Maxa Cavalery z Sepulturą w 1996 r.

Zawiera dość szeroki przekrój twórczości, choć wiadomo, że pierwsze dwie płyty zostały potraktowane po macoszemu (z drugiej praktycznie nie ma nic). Covery Chico Science, Motorhead oraz Cro-Mags. Wykonanie perfekt, wiadomo jakim zwierzem scenicznym jest Max.

Bardzo historyczny materiał i dość wartościowy okaz. U mnie na półce leży między "Roots" a "Against". Polecam, nawet jak ktoś nie lubi "Roots".



Sinister - Prophecies Denied

Bardzo niedocenionym zespołem jest ten Sinister. Trochę ignorowany na zasadzie, że nagrywają tą samą płytę w kółko, co nie jest prawdą, a już tym bardziej wątpię, aby ich koncert byłby dla kogoś atrakcją, choć grupa ma niesamowity dar do grania.

Aczkolwiek, to jest chyba bardziej efekt ciężkiej pracy i dużej ilości prób, bo słychać, że mimo regularnej rotacji i zmian członków w zespole, nie mamy do czynienia z amatorami.

Taki wstęp mógłby sugerować sztampowy, do bólu zachowawczy Death Metal. Otóż nie. Thrashowy pierwiastek sprawia, że muzyka potrafi bujać i błysnąć czymś ciekawym. Utwory potrafią się fajnie różnić od pierwowzoru, ale to zapewne też dlatego, że był to okres niezwykle udanego albumu "Afterburner" (mojego ulubionego, jeśli chodzi o Sinister).


Triptykon - Requiem (Live at Roadburn 2019)

W dużym skrócie, jest to wykonanie mitycznego utworu "Requiem" Celtic Frost tak, jak było to zamierzone dawno temu, w 1987 r. Część pierwsza i trzecia jest znana, gdyż wyszły na płytach. Natomiast środek, czyli "Grave Eternal", trwający niemała 32 minuty, jest zagrany premierowo.

Rzecz dla koneserów, bo nie jest to łatwy numer do przyswojenia, zwłaszcza z tymi swoimi pauzami i wolniejszymi, wręcz grobowymi momentami. Ja słuchałem tego numeru tak wiele razy, że w pewnym momencie byłem w stanie go zanucić - trochę żartuję, ale nie do końca.

 

Vulcano - Live!

I kolejna trochę nietypowa sprawa, bo jest to de facto debiut Vulcano, który został nagrany na żywo, gdyż grupa nie miała najzwyczajniej w świecie kasy na nagranie płyty. Dlatego też numery te nie powtarzają się na późniejszych wydawnictwach.

O dziwo, jak na 1985 r., to brzmi to bardzo klarownie i czytelnie. Może też dlatego, że stylistycznie, choć jest to proto-Death Metal, to jednakowo ma on posmak starego, dobrego Heavy Metalu. Jest to więc pozycja dosłownie obowiązkowa dla fanów Death Metalu, jak i samego Vulcano.


A zatem, większość koncertówek, które posiadam, podąża w sumie podobnym schematem - albo historyczny występ, albo unikatowy z jakiegoś powodu. I tym też się kieruję, jak już mam się zdecydować na zakup. Musi być coś, co uznam za atrakcyjne. Ale tak jak pisałem wcześniej, należy być ostrożnym i oszczędzać miejsce w biblioteczce.

Komentarze