Beyond Metal: John Frusciante

 

 

The famous guitarist of Red Hot Chili Peppers, who almost ended up like Syd Barrett. A guitarist who, both consciously and unconsciously, also influenced my own playing style. I would characterize him as an unusual blend of Lo-Fi Experimental Grunge, Psychedelic / Acoustic Folk, Beach Pop, Sound Collage - in other words, the broad umbrella terms in Indie music.

John's rebellious nature led him to leave RHCP right after they became an international sensation (thanks in part to his work), as if his inner Punk prevented him from being a Rock Star. The real problem, however, likely laid in his drug use, which not only damaged his skin, including his arms (as seen in RHCP's "Californication" era videos), but also caused him the loss of teeth. This is what John looked like back then:


Released by American Recordings in 1994, "Niandra LaDes and Usually Just a T-Shirt" consisted of two parts: relatively song-based tracks that had been created over the years, with a strong emphasis on beautiful guitar melodies (as in the case of the legendary "My Smile is a Rifle"), and the more experimental "Untitled Tracks," where the motifs return, evolve, masturbate, go around in circles, creating an epic whole. The album was, of course, a commercial flop, but who the hell cares? Fortunately, it was reissued a couple of years later, which I'm personally happy about, as thanks to that I can say that I own it, as it was a kind of bible for me and a huge inspiration that, despite my best efforts, I couldn't hide in my own art. I don't recommend it, of course, because this type of music requires a certain level of reading - I'm not about to cast pearls before swine (I loved that this expression exists in both english, and polish).

As a supplement, "Estrus / Outside Space" (1997) single was released. The first track was reworked for the second album, while the second was an outtake that partially appeared as an outro to one of those experimental tracks. Good stuff. Over years I've had an opportunity to find some more unreleased songs, and each time it was a feast for me. That period was probably the purest and the most innocent creative-wise. Dark times ahead.

John's health was deteriorating at accelerated speed, and if not for luck, his second album would have been released posthumously. Sometime after its release, the man recovered and put himself back on track, while also returned back to the RHCP fold, who almost seem as they were waiting for him all along. "Smile From the Streets You Hold" (1997), released by the niche label Birdman Rec., is a much more extreme, experimental, and unlistenable album, and as a result, I adore it to death. I've never heard anything like it before, or ever since. While "Niandra" can still be accepted by some people, despite its character, "Smile" is practically hostile towards the listener, raping them with its depression, drugs, and nihilism.

You might not believe me, but I can sing "Enter a Uh" at karaoke bars. Anyone who's heard this song, knows why it might sound dubious. There are still some outtakes from previous sessions, as well as a few new compositions. My favorites are the immortal "For Air" and "Life's a Bath." Rumor has it that it was released to collect money for drugs. Probably so, but that factoid doesn't negate its artistry. I hope it gets reissued someday, because I definitely would like to be its proud owner. 

People unfamiliar with "outsider" music and accustomed to a more regular format, especially verse-chorus-verse, can skip the first two albums. For them, it'll be a complete mess, but frankly, such folks deseve a punch in the face (or something sharper). This isn't music for mainstream fans, though. These are things you have to experience for yourself in order to understand. 

W trakcie jego powrotu do RHCP, nasz John wytrzeźwiał już na dobre i choć wciąż zachowywał się jak nawiedzony (przez duchy), to znormalniał na tyle, że jego trzecia płyta "To Record Only Water for Ten Days" (2001, Warner Bros od tej pory), którą uważam za jedną z najlepszych i najgenialniejszych albumów w historii muzyki, jest w miarę przyswajalna i dająca się polecić zwykłym zjadaczom chleba i nie brakowało na niej "hitów". Kończy ona pierwszy okres działalności muzyka i choć ma jeszcze tego ducha tzw. Singer-Songwriter (piosenka autorska), to przez to, że powstawała na trzeźwo, jest bardziej konwencjonalna i melodyjna, a mniej obłąkana i wykrzyczana. Posłuchajcie sobie zresztą "Going Inside":

 

W tym czasie John F. jeszcze opublikował w necie monstrualną kompilację (21 songów) z odrzutami z tychże sesji. Chciałbym zaznaczyć, że wtedy było to jeszcze coś nowatorskiego, wszak mówimy o 2001 r., wciąż jeszcze świeżo po aferze z Napsterem. Przez to, że było to za darmo, to też była chyba pierwsza rzecz jaką miałem okazję poznać od John'a (w 2004 r.). Przyznam szczerze, że choć nie wiedziałem czego się spodziewać, to i tak nie byłem na to gotowy. Wokal Frusciantego wymagają oswojenia się, bo nie są one że tak powiem, konwencjonalne. Jego genialna gitara rekompensowała wszystkie pojawiające się dziwactwa. Zresztą, po kilku odsłuchach przestały mi one przeszkadzać. Mało zresztą ktoś potrafi tak płynnie przedstawić tak szeroki wachlarz emocji i odczuć.

Po tym współczesnym, niezauważonym arcydziele, nastała 3-letnia cisza, po której John wrócił z kilkukrotną siłą. Wydany w 2004 "Shadows Collide With People", przy pomocy częstego pomocnika, Josh'a Klinghoffera, prezentuje się już jako twór zespołowy, niżli solowy jak dotychczas. Zapewne przez to jest jedną z najbardziej lubianych płyt w jego dyskografii przez pospólstwo. Ja powiem tak, niektóre utwory są zajebiste, ale jest też dużo nudnego pretensjonalnego pierdololo, które stopniowo zaczęło dominować w muzyce artysty.

Myliłby się jak myślał, że będzie to jedyne wydawnictwo w 2004, gdyż zaraz po premierze, John zapowiedział że zamierza wydać 6 płyt do końca roku, zamysł, który prawie mu się udał, gdyż ostatni z nich miał obsuwę i ukazał się już na początku 2005. Był to efekt koncertowania z RHCP, gdzie facet miał praktycznie napisanych ponad 70 utworów. Można powiedzieć, że wyjście z nałogu zwiększyło pokłady kreatywności. Zestaw prezentował się następująco:

The Will to Death: nudnawy, eklektyczny, trochę fortepianowy, trochę rockowy, refleksyjny i z małą pomocą zespołu wspierającego, choć bardziej brzmią, jakby się krzątali po pokoju, robiąc obiad. Niezbyt dobry początek.

Automatic Writing: wydany jako Ataxia. Projekt Frusciante / Klinghoffer / Lally (Fugazi). Improwizacje po 6-10 minut, oparte na hipnotycznym basie. I tu muszę przyznać, że mi mega przypasowało. Była to jedna sesja i jej druga część wyszła w 2007 r. Widocznie musiało się podobać nie tylko mi. 

DC EP: 4 tracki, 14 minut. Utwory, które nigdzie nie pasowały (z czym się nie zgadzam), a które przede wszystkim powstały na sprzęcie Ian'a MacKaye (też Fugazi). Nie żeby dało się to jakoś zauważyć. Trudno się nie oprzeć nazwaniu tego wydawnictwa "ściemą". Nic ciekawego

Inside of Emptiness: powrót to Grunge, Alt Rock. Mieszane odczucia. Jest parę dobrych numerów, które dają radę (zwłaszcza "666"), ale nawet tutaj męcząca maniera John'a daje o sobie znać i jest nieco zamuły.

A Sphere in the Heart of Silence: kolejna współpraca z Klinghoffer'em, tym razem najbardziej oficjalna. Album Elektroniczno / Ambientowy i totalna rewelacja. Tylko 7 utworów, ale każdy z nich miażdży sutki. Zdecydowanie rzecz warta posiadania. Nie da się jednak ukryć, że jest to bardziej album Josh'a, niż John'a.

Curtains: lekko spóźniony o miesiąc, album kończący ambitny projekt. Jest to Folkowy album w sensie, że akustyczne gitary i tzw. "Chamber Folk". Jest on zdecydowanie lepszy od "The Will of Death", mimo popizgiwania John'a i ma on charakter bardzo personalny i minimalistyczny. Może być.

Jak widać z powyższego, na dłuższą metę przydałoby się, żeby Frusciante wziął sobie trochę na luz. Wraz ze zwiększaniem się trzeźwości u niego zaczęła jednakowo rosnąć pretensjonalność, a muzyka zatraciła tego czaru na rzecz bycia męczybułą. 

Po tym odważnym eksperymencie, nastąpiło kilka lat ciszy, po czym Frusciante wrócił z "The Empyrean" w 2009 r. I znów, niestety, powtórzyły się najgorsze przywary i wady "The Will to Death", oraz "Curtains". Na tym etapie stwierdziłem, że już mi wystarczy i nie sprawdzałem już więcej twórczości John'a, zamykając się w latach 1994-2001 i pierwszych trzech płytach. I tego się będę trzymał.

Pozdro, do następnego. 

Komentarze