Anatomia PHL: Deiphago

  

SWITCH TO ENGLISH

Po raz kolejny chyba będę musiał wytłumaczyć mój niestandardowy (wręcz specjalny inaczej) tok myślenia. Bo coś czuję, że się po raz kolejny narażę się czytelnikom swoim chaotycznym szaleństwem.

Deiphago jest starym zespołem, co z automatu jest dla mnie ciekawsze, ponieważ starsze zespoły co do zasady starały się być oryginalne, bo raz, że gatunki się wtedy dopiero rozwijały, a dwa, że Metal był stylem życia, a nie czymś co można sobie robić dla beki. W kontraście do młodych zespołów, które boją się wyjść poza strefę komfortu, nie potrafią być sobą, a za wszelką cenę równają do wytartych standardów, nie mówiąc już o wypranych mózgach ajfonami, to nawet najgorsza kapela z lat '90 ma nierówną przewagę.

Kolejna rzecz - Deiphago jest z Filipin. Granie ekstremy w 1991 r. w tak odległym miejscu również jest dla mnie wabikiem. Filipiny co do zasady są najbardziej zamerykanizowanym krajem, do tego stopnia, że ich pierwotny alfabet (Baybayin) został porzucony na rzecz angielskiego, tak jak my Słowianie porzuciliśmy nasze pogańskie runy na rzecz łaciny. Dlatego też, Filipiny choć biedne, wcześniej zaczęły się bawić w Metal, który był częścią anglosaskiej kultury, od swoich sąsiadów. To też tłumaczy również dlaczego taka kapela prędzej będzie miała szansę wypłynąć na szersze wody, podobnie zresztą jak ma się rzecz z Płd. Koreą, czy Japonią.

Jako hat trick, trzeba dodać fakt bycia wydanym przez wytwórnię Hells Headbangers, która jest dla mnie synonimem jakości i kultu podziemia. Nigdy nie splamili się czymkolwiek, co by nie zasługiwało na uwagę. Prędzej coś sprawdzę od nich, niż od jakiejś firmy, która będzie mi się kojarzyć z badziewiem.

Oczywiście, będąc uczciwym, to co zaważyło, że dodałem ich do swojej kolekcji, była doskonała poligrafia i bardzo niska cena. Na tapetę wziąłem sobie ich trzeci album, "Satan Alpha Omega" z 2012 r.

Deiphago jest zespołem niezwykle trudnym do zrozumienia, gdyż nie grają Death / Black Metalu w normalny sposób. Określenie "War Metal" już nieco lepiej oddaje klimat, ale to wciąż nie jest to. Szczerze powiedziawszy, brzmi to jak huragan, hałaśliwa nawałnica anty-riffów. Nawiązując do stylu opowiadania Konopnickiego, moja pierwsza reakcja była raczej zwrotna, wydawało mi się to zbyt ekstremalne, zbyt skrajne, aby można to było nazwać muzyką. Niemniej jednak, okazało się, że po prostu potrzebowałem więcej czasu, aby móc zrozumieć koncept, jaki towarzyszył grupie, ich zamysł.

Jeśli większość zespołów Metalowych daje bas nisko w miksie, to Deiphago robi coś zgoła odwrotnego.  Bas jest ustawiony tak wysoko, że zagłusza wszystko inne, a nie jest to zwyczajnie grany bas, a bardziej dudniący wicher trzęsący ścianami. W połączeniu ze spastyczną, nierównomierną perkusją, srającą na ideę taktu 3/4, maniakalnym, spuszczonym z łańcucha wokalem, oraz gitarami, które nie starają się grać typowych struktur, a tylko chcą zagłuszyć bas, to efekt końcowy jest po prostu porażający i sprawia wrażenie bycia wrzuconego prosto w nihilistyczną otchłań. Jest to świadomie obrana droga, która zasługuje na miano Avantgarde / Noise.

To nie znaczy, że jest to tylko i wyłącznie bezmyślny hałas. Otóż właśnie nie. Z czasem, przy lepszym zapoznaniu się z płytą, da się rozróżnić poszczególne tracki, co wraz z tematyką końca świata (Kali Yuga?), sprawa wrażenie, jakbyśmy mieli do czynienia z koncept albumem. I faktycznie, są utwory będące stricte słuchowiskiem, mające wprowadzić słuchacza w odpowiedni rozdział historii, a jest też i nieoczywisty wygar. Płytę wieńczy zresztą 7-minutowy instrumental, dający zasłużone wytchnienie słuchaczowi.

Na sam koniec pozostaje pytanie - czy tego typu muzyka ma sens? Odpowiem przewrotnie - po przesłuchaniu tak wielu przewidywalnych i banalnych płyt w życiu, Deiphago stanowi wręcz pożądaną odmianę. Wiadomo, że tego typu granie zawsze będzie niszą wśród nisz, ale też grupa nie musi się martwić, że ktoś im podrobi styl, zwłaszcza że mają na koncie tylko 5 płyt (stan na 2026), więc trudno też mówić o jakimś przesycie. To dobrze świadczy o artyzmie tego materiału, gdzie preferowane jest bycie oryginalnym i niezrozumianym, niżli tylko i wyłącznie kolejną kapelą młócącą Black / Death.

No i jakby nie patrzeć, czy to nie o to właśnie chodziło kiedyś w Metalu? Aby przerazić słuchacza? Tak jak kiedyś growling, czy satanizm szokował, tak tutaj sama koncepcja walki z melodią i postawienie na chaos również będzie budzić żywe emocje. Zdaję więc sobie sprawę, że dla większości z was, będzie to kupa niewarta waszego czasu (no bo po co się wysilać?). Dla mnie zaś, stanowi to przykład kreatywności w świecie pełnym apatii i konformizmu. I za to zawsze będę szanować Deiphago. Aha no i sprawdźcie sobie ich cover Deicide, wrażenie gwarantowane...

 

Komentarze