Beyond Metal: Captain Beefheart

  

>English<

Mam mały problem. Zastanawiam się jak opowiedzieć o tej płycie, żeby niczego nie zepsuć. Z Kapitanem Wołowe-serce jest podobna sprawa jak z Dzikusem Rybakiem. Mianowicie, nasz Kapitan był autentycznie świrnięty (wg opinii lekarzy). I miał bardzo niestandardowe pomysły.

Zróbmy inaczej, przybliżę mniej więcej jak poznałem to arcydzieło i troszkę faktoidów, ale nie za dużo, oraz wrzucę playlistę dla jego najciekawszego dzieła, czyli "Trout Mask Replica" (1969).

Trout Mask Replica - full album 

Generalnie, miałem (i ciągle mam co jakiś czas) zajawkę na dziwaczne rzeczy. Klaus Nomi, The Residents, Ronaldo & The Loaf, Tiny Tim, Frank Zappa, GG Allin. Albo Para Wino, czy Nagły Atak Spawacza. W każdym bądź razie, wszystko co oryginalne, mnie fascynowało od razu.

Powyższy album jest generalnie uważany (słusznie) za jedno z najlepszych dzieł Awangardowych wszech czasów i sama idea (chciałoby się rzec, dadaistyczna) też mi strasznie odpowiadała estetycznie.

Captain Beefheart miał stosunkowo wiele płyt, ale wszystkie one były konwencjonalne w porównaniu do "Trout Mask Replica", aczkolwiek też warte przesłuchania (jak choćby "Ice Cream for Cow" z 1982). Głównym atutem "Trout Mask Replica" bowiem jest jego naturszczykowski klimat. Pod wieloma względami przypomina mi on album The Shaggs - Philosophy of the World (1969) (bardzo dużo linków dzisiaj). The Shaggs wykonywały muzykę amatorsko, bez żadnego punktu odniesienia, czy znajomości jakichkolwiek piosenek, choćby z radia. Trochę jakby kazać delfinom grać na gitarze. Podobnie ma się sprawa w tym przypadku. Aczkolwiek, gdy przesłuchałem to dzieło po raz pierwszy, nie miałem o tym pojęcia i traktowałem to bardziej jako przemyślany twór (błąd).

Otóż, Captain Beefheart, będąc świrem, miał wynajętą dość sporą i ładną kawalerkę, która w latach hipisowskich, gromadziła różnej maści ćpunów, prostytutek i młodych artystów, tworząc w ten sposób niejako bohemę (do pijaństwa, tańca i ruchańca).  Kapitan wymyślił, że dobrym pomysłem na stworzenie genialnego dzieła, będzie głodzenie ludzi, znęcanie się nad nimi psychicznie i fizycznie, oraz zmuszanie ich do morderczych ćwiczeń i prób, ale bez jasnego planu, czy kierunku wobec tego, co chciał osiągnąć.  Jak to mawiają, "prawdziwa sztuka rodzi się w bólach".

Miał wizję na zasadzie, że gdzieś mu dzwoniło, ale nie wiedział w którym kościele. Totalna improwizacja. Wolny potok myśli. Żeby nie powiedzieć, sraczka. Burroughs miał ciekawą technikę pisania, że pisał po jednej kartce swojej powieści dziennie, potem rozrzucał te kartki po pokoju i zbierał je randomowo i w ten sposób tworzył powieść. Podobnie jest tutaj. Motywy się przeplatają, jest jakaś spójna myśl, która się powtarza, czasem wraca w nieoczekiwanym momencie, jak i wiele eksperymentów z wolną formą Jazzu, opartego na chwilowym pomyśle, gry słowne i celowa dysharmonia, czy wręcz antyharmonia. Słychać też genezę Mathcore i Prog Metalu. I Primus, zespołu, o którym koniecznie muszę napisać w przyszłości.

Sęk w tym, że tak jak to napisałem wcześniej, nie musicie o tym wszystkim wiedzieć. Nie musicie znać kulis, ani tym bardziej interesować się samą osobą Kapitana. Ba, nawet lepiej, jak podejdziecie do tego z otwartą głową, bez zbędnych uprzedzeń, prosto na głęboką wodę. Dzieło broni się same, nawet jeśli dla naturszczyków będzie kompletnie asłuchalne. Ale nie ma wśród nas żadnych frajerów, prawda? Jak dla mnie, muzyka ta, jak najbardziej jest logiczna i ma sens, podobnie jak John Frusciante ze swym debiutem. Jak ktoś nie ma mózgu przeżartego muzyką Pop, to bez problemu odnajdzie się w tej stylistyce. Sam Kapitan już nigdy nie powtórzył swego geniuszu, albo może zabrakło mu niewolników do bicia i wykorzystywania. Ale tak to jest, magia zazwyczaj zdarza się tylko raz...

Jak ktoś lubi Pestilence, Cynic, Atheist, to może sobie posłuchać czym się owe zespoły inspirowały, bo zapewniam was, ta płyta jak najbardziej była przez nich analizowana. A jeśli ktoś mimo wszystko nie rozumie, niech się nie poddaje, tylko próbuje dalej. Ja, nie chwaląc się, zajarzyłem ten album od razu, będąc totalnym młokosem, bo wszedł on we mnie bez popity. I może właśnie dlatego jestem tam gdzie jestem? Główną zaletą jest jego świeżość, nawet po prawie 60 latach od powstania. Da się? Da.

Dachau Blues, Dachau Blues, Dachau Blues, Dachau Blues.... 

Fast and bulbous? 

Komentarze