Beyond Metal: Wild Man Fischer
Jeden z wielu moich duchowych ojców (obok GG Allin'a). Tym razem będzie o autentycznym, atestowanym schizofreniku z USA - czyli tzw. Dzikusie Rybaku.
Larry "Wild Man" Fischer. To będzie opowieść... bardzo nieskładna. Nienawidzę zaczynać od początku, ale muszę.
Często kojarzy się lata '70 jako okres wolnej miłości i marijuany, ale już dekadę wcześniej, w epoce beatlesowskiej, działy się równie ciekawe rzeczy. Świrów nigdy nie brakowało, ale świat, który był bardziej tolerancyjny na używki, niejednokrotnie orbitował wokół różnych "oryginałów".
Poznajcie Larry'ego. Jego matka go nienawidziła, biła po łbie i darła na niego ciągle ryja (takie wtedy były metody wychowawcze). O ojcu wiadomo tyle, że nic nie wiadomo, więc obstawiam opcję, że wyszedł po fajki i porwali go kosmici. Któregoś pięknego dnia, Larry nie wytrzymał przemocy ze strony matki i zagroził jej nożem, za co wylądował w wariatkowie. Uprzedzając nieco fakty, okładka jego pierwszej płyty, którą widzicie u góry, nawiązuje do tego zdarzenia.
Pobyt w krainie świrów pogłębił schizofrenię paranoidalną i maniakalną depresję (wg lekarzy) naszego bohatera, co nie zdziwi nikogo, jak oglądał "Lot nad kukułczym gniazdem". Mimo iż zażywał leki, to i tak lubił wygłupy. I śpiewanie. Wychodził na ulice L.A., siadał sobie na murku i śpiewał. Bardzo pragnął zrobić karierę piosenkarza. Potrafił śpiewać na dowolny temat i zaimprowizować pełnoprawny utwór z wersami i refrenami. Jak wspomniałem wcześniej, dekada '60 była łaskawa dla bohemy artystycznej, a co za tym idzie, na trop Larry'ego natrafił nieodżałowany Frank Zappa (tak, ten Zappa).
Zaproponował mu nagranie podwójnego winyla, którego znów, okładkę widzicie u góry i wydanie w swoje wytwórni "Bizarre Records". "An Evening With Wild Man Fischer" (1968) nie był jakimś sukcesem, mimo iż miała parę naprawdę udanych hitów jak "Merry Go Round", ale Larry, będąc paranoikiem, uważał że Frank go orżnął na kasę i wywiązała się kłótnia, która zakończyła współpracę, coś o czym Larry będzie wspominał i opowiadał do końca życia.
Tutaj przechodzimy do esencji problemu, gdyż nasz "Dzikus" będzie często uważać, że poszczególni artyści, jak Michael Jackson, czy Weird Al Yankovic, okradli go intelektualnie. Ogólnie też, jego zachowanie bywało skrajne, bo jak to schizofrenik, raz był spokojny i umiarkowany, a za chwilę wybuchał i krzyczał, rzucał się, a nawet groził bronią.
Kolejną sprawą jest to, że Larry preferował śpiewanie a capella, bez zespołu, co zapewne też ograniczało mu nieco popularność, a jednocześnie czyniło z niego tzw. prekursora "Outsider Music", czyli muzyki niekonwencjonalnej. Niemniej jednak parę koncertów (czy może bardziej śpiewanych stand-upów?) miał na koncie, a nawet raz zaliczył performance, gdzie wspomagali go na instrumentach jego nieliczny koledzy.
Larry nagrał jeszcze trzy kolejne płyty i zrobił duet z jakąś popularną piosenkarką dla starych pierników. Z pewnością polecam jego debiut, choć jest on nieco trudniejszy od reszty dyskografii, które starały się być już bardziej "normalnie" piosenkowe, a niekoniecznie eksperymentalne.
Po więcej szczegółów odsyłam do filmu dokumentalnego: Derailroaded (link do youtube). Zachęcam do zapoznania się, bo to było moje główne źródło wiedzy. Nie mam zamiaru wszystkiego tutaj opowiadać. Dość tylko wspomnieć, że nasz Larry nie założył nigdy rodziny, miał problemy z utrzymaniem pracy i głównie przebywał w specjalnych ośrodkach, które zajmowały się takimi przypadkami jak on, aż sobie zmarł w 2011.
Dlaczego więc, och dlaczego, tak bardzo sobie cenię twórczość Wild Man'a? Bo był zajebisty, oryginalny w tym co robił i miał charakter. Ponadto, będąc gówniarzem, nagrywałem sobie na komputer improwizowane gitary do jego wokalu. Efekt końcowy wyszedł nieco w stylu Grunge, ale ciekawe czy dałoby się podłożyć pod niego jakieś Thrash Metalowe riffy. Można się śmiać z tego co robił, ale też trzeba być nie lada kozakiem, żeby umieć zrobić godzinny koncert z samym tylko śpiewem i wzbudzić autentyczny aplauz. Larry zdecydowanie MIAŁ talent i gdyby urodził się później, to zapewne byłby wzięty do jakiejś punkowej kapeli (notabene, doczekał się zresztą punkowego "tribute" od jakiś nieznanych mi pastuchów).
Na koniec macie jego występ w jakimś badziewnym programie typu late show. Patrzcie i podziwiajcie kunszt mistrza:
Komentarze
Prześlij komentarz