Beyond Metal: John Frusciante
Słynny gitarzysta Red Hot Chili Peppers, który mało to nie skończył jak Syd Barrett. Gitarzysta, który świadomie i nieświadomie miał również wpływ na mój własny styl grania. Scharakteryzował bym go jako niezwykłe połączenie Lo-Fi Experimental Grunge, Psychodelic / Acoustic Folk, Beach Pop, Sound Collage, czyli szeroko rozumiany parasol Indie.
Przekorna natura John'a kazała mu opuścić RHCP zaraz po tym jak stali się międzynarodową sensacją (również dzięki jego pracy), jakby jego wewnętrzny Punk nie pozwalał mu być gwiazdą Rock'a. Prawdziwy problem zapewne jednak leżał w jego używaniu narkotyków, które nie tylko zniszczyły mu skórę, m. in. na ramionach (co widać na klipach RHCP z okresu "Californication"), ale również przez które stracił zęby. Tak zresztą wyglądał John ówcześnie:
Jako suplement, wyszedł jeszcze singiel "Estrus / Outside Space" (1997). Pierwszy utwór został przerobiony na drugi album, a drugi był odrzutem, który częściowo pojawił się jako outro jednego z tych eksperymentalnych tracków. Dobra rzecz. Miałem jeszcze okazję dokopać się do paru innych niepublikowanych dzieł i za każdym razem było to dla mnie święto. Tamten okres był chyba tym najczystszym twórczo i najbardziej niewinnym. Nadchodzą jednak mroczne czasy.
Stan zdrowia John'a się coraz bardziej pogarszał i chyba niewiele brakowało, aby druga płyta wyszła pośmiertnie. Gdzieś po jej wydaniu nieco się ogarnął, doprowadził do stanu używalności i został z powrotem przyjęty do RHCP, która zdaje się, chyba cały czas na niego czekała. "Smile From the Streets You Hold" (1997), wydany przez jakąś niszową Birdman Rec., jest albumem dużo bardziej skrajnym, eksperymentalnym, a-słuchalnym, a co za tym idzie, uwielbiam go nad życie. Nigdy czegoś takiego nie słyszałem ani wcześniej, ani później. O ile jeszcze "Niandra" jest w stanie trafić w co po niektórych, mimo swojego charakteru, tak "Smile" jest praktycznie nastawiony wrogo wobec słuchacza i go gwałci swoją depresją, narkotykami i nihilizmem.
Możecie mi nie wierzyć, ale byłbym w stanie zaśpiewać "Enter a Uh" w karaoke. Kto słyszał ten utwór, ten wie dlaczego może to być trudne do uwierzenia. Dalej dostajemy częściowo odrzuty z poprzednich sesji, oraz kilka nowych kompozycji. Moimi ulubionymi są nieśmiertelne "For Air", oraz "Life's a bath". Wieść gminna niesie, że zostało to wydane po to, aby zdobyć kasę na narkotyki. Zapewne tak, ale ten fakt bynajmniej nie wyklucza jej artyzmu. Mam nadzieję, że kiedyś doczeka się on wznowienia, bo zdecydowanie chciałbym być jego dumnym posiadaczem.
Ludzie, którzy nie są obeznani z muzyką typu "outsider", a przyzwyczajonych do normalniejszego formatu, zwłaszcza na zasadzie zwrotka-refren-zwrotka, mogą sobie darować pierwsze dwie płyty. Dla nich to będzie kaszana i szczerze powiedziawszy, takim ludziom kij w oko (albo coś ostrzejszego). To nie muzyka dla fanów mainstreamu. To są rzeczy, które trzeba przysłowiowo "przeżyć" samemu, żeby zrozumieć.
W trakcie jego powrotu do RHCP, nasz John wytrzeźwiał już na dobre i choć wciąż zachowywał się jak nawiedzony (przez duchy), to znormalniał na tyle, że jego trzecia płyta "To Record Only Water for Ten Days" (2001, Warner Bros od tej pory), którą uważam za jedną z najlepszych i najgenialniejszych albumów w historii muzyki, jest w miarę przyswajalna i dająca się polecić zwykłym zjadaczom chleba i nie brakowało na niej "hitów". Kończy ona pierwszy okres działalności muzyka i choć ma jeszcze tego ducha tzw. Singer-Songwriter (piosenka autorska), to przez to, że powstawała na trzeźwo, jest bardziej konwencjonalna i melodyjna, a mniej obłąkana i wykrzyczana. Posłuchajcie sobie zresztą "Going Inside":
W tym czasie John F. jeszcze opublikował w necie monstrualną kompilację (21 songów) z odrzutami z tychże sesji. Chciałbym zaznaczyć, że wtedy było to jeszcze coś nowatorskiego, wszak mówimy o 2001 r., wciąż jeszcze świeżo po aferze z Napsterem. Przez to, że było to za darmo, to też była chyba pierwsza rzecz jaką miałem okazję poznać od John'a (w 2004 r.). Przyznam szczerze, że choć nie wiedziałem czego się spodziewać, to i tak nie byłem na to gotowy. Wokal Frusciantego wymagają oswojenia się, bo nie są one że tak powiem, konwencjonalne. Jego genialna gitara rekompensowała wszystkie pojawiające się dziwactwa. Zresztą, po kilku odsłuchach przestały mi one przeszkadzać. Mało zresztą ktoś potrafi tak płynnie przedstawić tak szeroki wachlarz emocji i odczuć.
Po tym współczesnym, niezauważonym arcydziele, nastała 3-letnia cisza, po której John wrócił z kilkukrotną siłą. Wydany w 2004 "Shadows Collide With People", przy pomocy częstego pomocnika, Josh'a Klinghoffera, prezentuje się już jako twór zespołowy, niżli solowy jak dotychczas. Zapewne przez to jest jedną z najbardziej lubianych płyt w jego dyskografii przez pospólstwo. Ja powiem tak, niektóre utwory są zajebiste, ale jest też dużo nudnego pretensjonalnego pierdololo, które stopniowo zaczęło dominować w muzyce artysty.
Myliłby się jak myślał, że będzie to jedyne wydawnictwo w 2004, gdyż zaraz po premierze, John zapowiedział że zamierza wydać 6 płyt do końca roku, zamysł, który prawie mu się udał, gdyż ostatni z nich miał obsuwę i ukazał się już na początku 2005. Pioseneczki były efektem koncertowania z RHCP, gdzie facet miał praktycznie napisanych ponad 70 utworów. Można powiedzieć, że wyjście z nałogu zwiększyło pokłady kreatywności. Zestaw prezentował się następująco:
The Will to Death: nudnawy, eklektyczny, trochę fortepianowy, trochę rockowy, refleksyjny i z małą pomocą zespołu wspierającego, choć bardziej brzmią, jakby się krzątali po pokoju, robiąc obiad. Niezbyt dobry początek.
Automatic Writing: wydany jako Ataxia. Projekt Frusciante / Klinghoffer / Lally (Fugazi). Improwizacje po 6-10 minut, oparte na hipnotycznym basie. I tu muszę przyznać, że mi mega przypasowało. Była to jedna sesja i jej druga część wyszła w 2007 r. Widocznie musiało się podobać nie tylko mi.
DC EP: 4 tracki, 14 minut. Utwory, które nigdzie nie pasowały (z czym się nie zgadzam), a które przede wszystkim powstały na sprzęcie Ian'a MacKaye (też Fugazi). Nie żeby dało się to jakoś zauważyć. Trudno się nie oprzeć nazwaniu tego wydawnictwa "ściemą". Nic ciekawego
Inside of Emptiness: powrót to Grunge, Alt Rock. Mieszane odczucia. Jest parę dobrych numerów, które dają radę (zwłaszcza "666"), ale nawet tutaj męcząca maniera John'a daje o sobie znać i jest nieco zamuły.
A Sphere in the Heart of Silence: kolejna współpraca z Klinghoffer'em, tym razem najbardziej oficjalna. Album Elektroniczno / Ambientowy i totalna rewelacja. Tylko 7 utworów, ale każdy z nich miażdży sutki. Zdecydowanie rzecz warta posiadania. Nie da się jednak ukryć, że jest to bardziej album Josh'a, niż John'a.
Curtains: lekko spóźniony o miesiąc, album kończący ambitny projekt. Jest to Folkowy album w sensie, że akustyczne gitary i tzw. "Chamber Folk". Jest on zdecydowanie lepszy od równie podobnego "The Will of Death", mimo popizgiwania John'a i ma on charakter bardzo personalny i minimalistyczny. Może być.
Jak widać z powyższego, na dłuższą metę przydałoby się, żeby Frusciante wziął sobie trochę na luz. Wraz ze zwiększaniem się trzeźwości u niego zaczęła jednakowo rosnąć pretensjonalność, a muzyka zatraciła tego czaru na rzecz bycia męczybułą.
Po tym odważnym eksperymencie, nastąpiło kilka lat ciszy, po czym Frusciante wrócił z "The Empyrean" w 2009 r. I znów, niestety, powtórzyły się najgorsze przywary i wady "The Will to Death", oraz "Curtains". Na tym etapie stwierdziłem, że już mi wystarczy i nie sprawdzałem już więcej twórczości John'a, zamykając się w latach 1994-2001 i pierwszych trzech płytach. I tego się będę trzymał, bo to najlepsze co ludzkość ma do przekazania.
Pozdro, do następnego.
Komentarze
Prześlij komentarz