Anatomia DEU: Fermenting Innards
Ach, lata '90, ostatni prawdziwy, nieoszukany czas dla muzyki, zanim technologia zaczęła tak mącić i zanim doszliśmy do etapu sztucznej inteligencji, która lada moment zastąpi ludzi. Zgadzam się z potencjalnymi krytykami takiego myślenia, ze za bardzo idealizuję tamte czasy, ale z drugiej strony, jak mam tego nie robić, jak dostaję w swoje ręce taki solidny kawał mięcha?
Niemiecki Fermenting Innards przechodził standardowe fazy rozwoju, zgodne z ówcześnie obowiązującymi trendami. Najpierw byli pod mocnym wpływem szwedzkiego Death Metalu i grali go w nieco podobny sposób, w jaki robiła to inna niemiecka załoga - Fleshcrawl, po czym zajawili się sąsiadującym skandynawskim krajem, czyli Norwegią i zaczęli miksować swój styl z popularnymi Black Metalowymi hordami.
Prawdą jest to, że ich wytwórnia (Invasion Records) troszeczkę "wpłynęła" na te nowe inspiracje, ale Fermenting Innards, jak to rasowi Niemcy, wykonali odgórny rozkaz z niekłamanym entuzjazmem. W efekcie końcowym, powstał niniejszy bohater posta, czyli "Myst" (1995), będący jedyną płytą w dorobku grupy. Za produkcję odpowiedzialny jest nie kto inny, tylko sam mistrz Dan Swanö. Jak i również reprodukcję - nie byłbym sobą, gdybym nie napomknął, że niedawno na 30-lecie albumu wyszła grubaśna, dwupłytowa re-edycja, która zawiera nie tylko dużą ilość nagrań z prób, oraz koncert, ale ponadto szczegółowe liner notes, opisujące genezę utworów, track po tracku.
Jest naprawdę co czytać i parę ciekawostek zamierzam wam zapodać. I nasunęła mi się z tego też powodu taka refleksja, że każda płyta to nie tylko żmudna i trudna historia procesu powstawania, ale również kawałek duszy samych muzyków. I zapewne nie miałbym inspiracji pisać właśnie o tej płycie, gdyby nie była tym specyficznym dokumentem swojej epoki.
Przede wszystkim, nowsza wersja ma zupełnie inne intro / outro. Na oryginalnej, były one autorstwa znanego wszem i wobec Mortiisa (wtedy jeszcze w Emperor). Jak to jednak bywa, pojawiły się po drodze nieporozumienia, które przerodziły się z czasem w konflikt, a i sama grupa nie była zadowolona z końcowego efektu. Mam też osobiste wrażenie, że to Norwegia po raz kolejny okazała się być dupkiem wobec innych, no ale cóż, ten kraj tak ma. Sam Mortiis później wydał owe nagrania na singlu, więc jak ktoś chce, to sobie może poszukać ("Blood and Thunder"). W każdym bądź razie, nowe instrumentale, zrobione specjalnie na tą okazję, zdecydowanie lepiej wpasowują się w klimat płyty.
Całościowo, jest to nie tylko (jak pisałem wcześniej) schizofreniczna próba łączenia Szwedzkiego Death Metalu z Norweskim Black Metalem, ale trafiają się również rodzynki w innym stylu, jak np. wzorowane na Paradise Lost (okres "Gothic") numery jak np. "Eternal Sadness", dedykowany zmarłemu tragicznie koledze (w wypadku motocyklowym). Większość utworów, z "Transfiguration of the Withered Beauty" i "The Rising in Northern Storm" na czele, są przepięknie rozbudowane. I należy rozumieć przez to, że mimo przekraczania 5 minut, nie nudzą ani na sekundę, a dzięki odpowiedniemu brzmieniu, potrafią mieć i wygar, jak i atmosferę. To jest właśnie to, co najbardziej kocham w starej szkole - zawiłe kompozycje będące jednocześnie jakąś mroczną opowieścią. Każdy utwór w każdym bądź razie mi się mega podoba.
Teksty do "Those Burning Thorns" i "Svartfoldet hat" są autorstwa Oystein'a z Borknagar, gdzie ten drugi miał być tribute'm dla Bathory. "Hateful" ma nieco bardziej zawiłą historię, gdyż jest to ponownie nagrany "In Hate" z ich mini-albumu "Drowned", ale został przetłumaczony na norweski ze względu na padające w nim jedno kontrowersyjne słowo, którego się zazwyczaj unika, żeby nie być o coś posądzonym. To jest oczywiście tylko wierzchołek, jeśli chodzi o sekrety tego dzieła, smaczków jest więcej, ale zachęcam do ich samodzielnego odkrywania.
Muszę przyznać, że gdy lata temu słuchałem tego albumu bez znajomości kontekstu, to traktowałem to trochę jako niezwykle udane, choć nieco pozerskie przymilanie się do panujących wtedy w podziemiu trendów, ale dzisiaj, wiedząc coś więcej, widzę że błędnie odebrałem intencje grupy i zdecydowanie pozytywniej odbieram ten materiał. Zwłaszcza, że summa summarum, muzyka jest po prostu wyśmienita i życzyłbym sobie więcej tego typu produkcji. I nawet łatka "inspirowane norweskim Black Metalem" nie odstrasza tak bardzo, jakby mogła. A to jest wbrew pozorom niemało. Pozostaje więc już tylko gorąco polecić.
Komentarze
Prześlij komentarz