Anatomia USA: Morbid Angel V

(10+ years old text)

ENGLISH MOFO, DO YOU SPEAK IT? 

*-*-*-*-*-*-*-*-*-*-*-*-*-*-*-*-*-*-*-*-*-*-*-*-*-*-*-*-*-*-*-*-*-*-*-*-*-*-*-*-*-*-

E NTANGLED IN CHAOS

Pierwsza oficjalna koncertówka zespołu. Trey wziął przedsięwzięcie poważnie. Nawet bym powiedział, że zbyt poważnie. Utwory pochodzą z trasy koncertowej promującej kontrowersyjny album „Domination”. Płyta jest też pożegnaniem się z Vincentem. Nie ma tu za bardzo odgłosów publiczności, utwory się dosyć klinicznie kończą i zaczynają. Dość mało interakcji z publiką również jest powodem do mojej nieco negatywnej oceny tego projektu.

Większość utworów pochodzi z „Altars of Madness”, co jest nieco rozczarowujące, nie mówiąc o tym, że powinno być więcej utworów koncertowych. Wszystko też brzmi bardzo sterylnie i studyjnie.

Faktem jest, że był to poniekąd początek kryzysu popularności zespołu, który mimo iż miał nagrać w przyszłości swoje najlepsze płyty w karierze, to niestety zszedł na boczny tor, tak jak cały gatunek niestety, na rzecz Nu Metalu, który mimo iż wprowadził świeżą krew na scenę, to nieco wybebeszył koncepcję muzyki ekstremalnej, co chyba zostało do dzisiaj. 

Zważywszy też na to, że jest to selekcja z całej trasy koncertowej, to zespół naprawdę mógł dorzucić z 6 utworów więcej. I tak przekroczyli swoją świętą "9" (wytłumaczę to w przyszłości - nowy dopisek edyt.), więc równie dobrze mogli iść na całość. 

Immortal Rites – standardowe wykonanie. Wokal na całej płycie jest w stylu “Domination” i nie inaczej jest tutaj. Mimo nieco dziwniejszego klimatu, chyba każda wersja tego utworu jest świetna, jako, że utwór sam w sobie jest rewelacyjnie napisany.

Blasphemy of the Holy Ghost – niby gdzieś w części tego utworu jest potknięcie, ale nie jest ono specjalnie zauważalne. Świadczy też to o tym, jakiego bzika na punkcie perfekcjonizmu ma zespół. Dziwne jest to, że tytuł jest dłuższy od tego na „Altars”.

Sworn to the Black – kolejne fachowe wykonanie, zwłaszcza, że jest to jeden z luźniejszych utworów i z dość oryginalnym refrenem jak na Death Metal.

Lord of All Fevers & Plague – nie wiem do końca dlaczego, ale wolę tą wersję od tej z “Altars”. Wokal jest zupełnie inny, mniej bestialski i mniej szyderczo-szybki, ale ta wersja ma lepiej wyakcentowane gitary w refrenach.

Blessed Are the Sick – wolny walec, nieco jeszcze wolniejszy tutaj. Nie za wiele można dodać. Brakuje też nieco innych tracków z drugiej płyty.

Day of Suffering – dobry wybór, dobrego utworu. Najlepszy moment albumu, jak i w całej karierze Morbid Angel, choć bardzo było wiele tych dobrych momentów…

Chapel of Ghouls – utwór ten jest hitem zespołu, uważany za jeden z bardziej przebojowo-wpadający w pamięć.  Nie jestem wielkim fanem tego akurat songu, ale faktycznie jest on solidny i zasługuje na swą renomę.

Maze of Torment – kolejny charakterystyczny utwór zespołu, w tym wypadku przydałoby się więcej starszego stylu, gdyż brzmi nieco gorzej od oryginału.

Rapture – wreszczcie jakiś utwór z „Covenant”, jednocześnie najmniejsza przepaść stylistyczna z wiadomych względów.

Blood On My Hands – dość dziwny wybór, dużo bardziej wolałbym „God of Emptiness”. Zespół poszedł bardzo zachowaczo i chyba bał się wychylić z szeregu. Nie do końca rozumiem takiego myślenia. Z jednej strony ekipa chce eksperymentować, z drugiej sprawia wrażenie jakby nie wierzyła, że tego typu eksperymenty będą odebrane dobrze na żywo (czyżby przedsionek Illud Divinum Insanus? - nowy przypis edyt.).

Dominate – na zakończenie dostajemy jedyny utwór z „Domination” (dlaczego?). Bardzo fajne wykonanie i nieco nawet dobre zwieńczenie płyty, choć równie dobrze pasuje to jako opener.

Świeżość materiału: 0%, jako że jest to po prostu koncertówka, choć niewielkie zmiany w aranżacjach występują. Ponadto, brakuje tu nieco klimatu, o czym była mowa we wstępie.

Komentarze