Anatomia DEU: Tankard (I of V)
|
Tankard nigdy się jakoś specjalnie nie rozwijał, ani też nie próbował nowych rzeczy. Zaskoczeń dla słuchaczy brak, jest tylko konsekwentne łojenie riffów, jeden za drugim. Ich alkoholizm był bardziej reputacją, niżli autentycznym stanem rzeczy, gdyż wbrew pozorom, zawsze mieli zaskakująco trzeźwe spojrzenie na życie i rynek muzyczny. Ich teksty również poruszały więcej, niżli żłopanie piwa, choć jedno nie wyklucza drugiego, gdyż bynajmniej nie brakuje hymnów dedykowanych temu trunkowi. Jakiś czas temu postanowiłem stworzyć sobie dziennik poświęcony dyskografii grupy. Postanowiłem się nim podzielić, choć starałem się go nieco poszerzyć. Patrzcie i płaczcie. Tankard - Tragikomedia w V aktach Akt I: Narodziny Pijaka 0. Alcoholic Metal (2012)Dobrego złe początki. Obfita kolekcja pierwszych nagrań Tankard, gdzie większość z tych utworów jest unikatowa właśnie dla tej kompilacji. I co tu dużo mówić, to jeszcze nie jest to, mimo zalążków ich świetności. Bardzo naiwne i młodzieńcze połączenie Punk'a i Heavy Metalu, podchodzące pod Speed Metal, tylko i wyłącznie ze względu na prędkość. Jest też tu parę dobrych momentów, które się bronią, mimo upływu lat. Trochę męczy, trochę cieszy. |
I. Zombie Attack (1986)Poprawny, oficjalny debiut, gdzie choć elementy alkoholowe się już pojawiają, to prym wiedzie tematyka popkulturowa, z dużym naciskiem na horrory klasy B, seryjnych zabójców i ogólnej krytyki konsumpcjonizmu. Riffy są nieco prostackie i oparte na banalnych patentach, które trąciły myszką już wtedy. To, co jednak czyni ten album udanym, jest nie tylko energia bijąca z muzyki, ale przede wszystkim autentyczność grupy i ich bojowe nastawienie. Jest to też ich jedyny album, który ma jeszcze resztki elementów Crossover. Do kanonu przeszły "Acid Death", "(Empty) Tankard", "Poison". |
II. Chemical Invasion (1987)I tym razem lepszy strzał. Bodajże ten album jest traktowany z miłością przez wszystkich Thrasherów. Co prawda, wciąż pojawiają się banalne riffy, ale mamy za to lepsze poczucie humoru, więcej szybkości, lepszą technikę, ostrzejsze żyletki - całościowo jest to poprawa pod każdym kątem w stosunku do jedynki. Album ten kończy okres stricte młodzieńczy, choć zespół jeszcze musi się dotrzeć. Co zabawne, po raz kolejny pojawia się track o nazwie "Alcohol", ale tym razem jest to cover. Większość utworów z tej płyty jest klasyczna, nawet epicko długi "For a Thousand Beers". Aha, szalony doktor na okładce jest jedną z dwóch maskotek Tankard (obok goblina-kosmity). Tytuł nawiązuje do oporu grupy wobec próby wzbogacania składników piwa jakimiś chemicznymi "ubarwiaczami" i konserwantami.
III. The Morning After (1988)Pierwszy, większy, poważniejszy sukces, choć nie da się ukryć, że był on efektem stopniowego budowania reputacji grupy i jej coraz cieplejszego odbioru przez społeczeństwo Metalowe. Okładka kojarzy mi się oczywiście z Acid Drinkers, choć Tankard zrobił to ewidentnie wcześniej i unieśmiertelnia ona stosunkowo marną kapelę AOK, która jest wymieniona na koszulce pechowca z kacem. Do płyty powstał pierwszy oficjalny klip, a wraz z mini-albumem "Alien" (gdzie jest debiut tej drugiej maskotki, o której wspomniałem wcześniej), spina się to całościowo w ładną klamrę. Jedni będą woleć pierwszą połowę, inni drugą. Ja sam waham się gdzieś pomiędzy. Muzyka jest wyjątkowo zgrabna i posiada już naprawdę niezłe, charakterne riffy. I tym razem utwory są relatywnie szybkie i zwarte. Małe ad vocem, osobiście uważam, że płyta ta jest fajną wizytówką nie tylko ówczesnych czasów, ale również różnorodności sceny Metalowej, która miała się wkrótce nieco zacieśnić w dość mocno ortodoksyjnych ramach. CIĄG DALSZY NASTĄPI... |
Komentarze
Prześlij komentarz