Collector Corner: Truth about Vinyls

ENGLISH

Post, z którym zanosiłem się od dłuższego czasu, ale się wahałem, bo zdaję sobie sprawę, że mogę nim zepsuć biznes wielu sklepom. Dlatego też nie bardzo chciałem robić tego posta. Ponieważ jednak wkurwia mnie postawa fanów winylów i ich snobizmu, postanowiłem nieco oddać m... wylać na ich poczucie wyższości pomyje.

Bo tak zresztą jest, winyle to format stricte dla snobów. Kasety mają tą przewagę, że obojętnie, jak dana płyta była nagrana, to kaseta rządzi się własnymi prawami, jak jakość taśmy i materiał, z której był zrobiony, przewijanie, zacinanie się itp itd. Dlatego jak ktoś szuka "duszy", czy klimatu, kaseta się nadaje najlepiej, zwłaszcza jak się zepsuje.

Winyl również wymaga ostrożności, bo łatwo jest go spieprzyć i zepsuć. Trzeba go trzymać w odpowiednich warunkach i najlepiej unikać określonych temperatur, jak i też czyścić co jakiś czas (coś, co chyba umyka wszystkim snobom). Ale to nie o tym będzie dzisiejszy post. Mianowicie, chciałbym nieco zdemitologizować jego szlachetność. Mianowicie:

Czy jakość dźwięku na winylu jest prawdziwsza?

To, czego ludzie nie zdają sobie chyba za bardzo sprawy, to fakt, że w obecnych czasach, nie da się nagrywać tak samo jak 50 lat temu. Nawet jeśli ktoś chce nagrywać album na setkę, w sposób analogowy, to i tak to później ląduje w poszczególnych programach komputerowych. Nie jest możliwe w dzisiejszych czasach stworzyć płyty tak, jak robiło się to w latach '60, bo na samym końcu masz mastering, a ten jest robiony z myślą o WSZYSTKICH formatach.

Ale to nie jest wszystko. Otóż, poniżej chciałbym przedstawić wam kilka filmików na ten temat, które wytłumaczą zagadnienie w nieco bardziej techniczny sposób, niż jak gdybym sam miał się brać za to. Poza tym, w sam raz, jakby ktoś chciał znać źródła moich opinii:

 

Polecam generalnie ten kanał:
 
 

 
I chyba najbardziej brutalna masakracja winyla:
 

(Polecam też poczytać nieco komentarzy pod filmikami)
 
Cała afera zaczęła się od tego, że faktycznie, w latach '80, gdy format CD był jeszcze nowy, nie było jeszcze wiedzy odnośnie tego, jak transferować w sposób prawidłowy analog na cyfrówkę, żeby brzmiał bardziej organicznie, a także jeszcze odtwarzacze nie były najwyższej jakości. To się jednak zmieniło z czasem... Ale negatywna opinia za cedekiem ciągnęła się bardzo, ale to bardzo długo.
 
Ciekawym przykładem jest Led Zeppelin, który ucyfrowił całą swoją dyskografię w latach '90. Ich oryginalne taśmy matki zostały zastąpione przez tzw. "digital remaster", na podstawie którego nie tylko tłoczono płyty, ale również WSZYSTKIE następne edycje winylowe i kasetowe - jest to tzw. "default option". Nie wiem jak się czują ci, którzy kupili w ostatnich latach winyle Led Zeppelin, Pink Floyd, czy Deep Purple, ale tak, posiadają oni droższego i większego CD-eka, którego też łatwiej zepsuć.

Wniosek z tego jest jednak bardzo prosty - jeśli naprawdę lubisz winyl, to musisz zdobyć tłoczenie sprzed lat '80, zanim wprowadzono nowe rozwiązania i masowo zaczęto ucyfrawiać proces. A że nie jest to tania impreza, to raczej małe szanse, że się wam uda przesłuchać "Houses of the Holy" tak, jak Zeppelin przykazał. Używam tego przykładu nie tylko dlatego, że jest mi to bliski zespół, ale ponieważ miałem okazję ich przesłuchać właśnie w tej starszej wersji (wraz z The Beatles "Revolver", Rolling Stones "Sticky Fingers", Kombi "Królowie Życia", oraz Oddział Zamknięty "s/t").
 
PARĘ SŁÓW O PRODUKCJI PŁYT
 
Innym, ciekawym przypadkiem wartym wzięcia pod lupę, jest japoński zespół Defiled. Ich album "In Crisis" z 2011 ma fatalne brzmienie, przy którym podobno pomagał Bill Metoyer - mówię podobno, bo zespół sam wyprodukował swoje gówno, które potem Bill musiał wypolerować:
 
 
Ten przykład jest o tyle istotny w sensie dzisiejszej dyskusji, ponieważ wszystko zależy tylko i wyłącznie od inżyniera dźwięku i wyrównywania poziomu głośności i dynamiki. Można mieć najlepsze narzędzia, sprzęt, itp., ale jeśli się nie zadba o ten aspekt, to praktycznie jest pozamiatane. "In Crisis" jednak jest o tyle specyficznym albumem, że on ssie we wszystkich opcjach, za wyjątkiem jednej - streamingu na słuchawkach - testowałem ten album na wszelkie możliwe sposoby i się okazuje, że w tej opcji, dźwięk potrafi być bardzo selektywny i wyważony, co skłania mnie do refleksji, że zespół słuchał swojej płyty na telefonie w trakcie joggingu po parku, a nie w studio, czy w systemie stereo.
 
Innym przykładem jest Scott Burns. Jego płyty są wyprodukowane doskonale, ale niestety, na starsze systemy stereo. W tych nowszych, żeby cokolwiek usłyszeć, trzeba podkręcić wajchę naprawdę wysoko, lub mieć naprawdę dobry odtwarzacz. Moja pierwsza płyta Malevolent Creation "The Ten Commandments" była jeszcze w wersji Metalmind, ale nie była ona remasterowana dla masowego odbiorcy - i była to niestety bardzo cicho brzmiąca płyta. Później wymieniłem sobie na re-edycję Hammerheart i gdy usłyszałem znane mi intro, gdzie pojawia się grzmot pioruna, to dopiero wtedy poczułem realną różnicę i moc płyty.
 
WRACAJĄC DO TEMATU WINYLI 
 
Inna sprawa, że też trzeba niemałej wiedzy, żeby zlokalizować realne miejsce i fabrykę, gdzie dany winyl był tłoczony. Nie są mi obce sytuacje, gdzie kolega kupił sobie chińską wersję Danzig i łagodnie mówiąc, piszczał mu jak szkocka pipa (w sensie, że jak dudy, nie jak genitalia). Dobrze jest sobie pilnować tzw. "the country of manufacture", czyli producenta i poczytać na discogs, z jakiego kraju pochodzi i jakie ma ratingi.

Na sam koniec robienia researchu, odpaliłem sobie pierwszą płytę jaką kupiłem w życiu **, a którą słuchałem do zajechania za gówniarza: 

 

Kupiłem to sobie za 19,99 zł z naklejką "NICE PRICE". Wtedy myślałem, że wszystkie płyty tyle kosztują - ale byłem głupi i naiwny. Ale powiem wam, 2026 rok, a chodzi jak żyleta. Wszystko to jest kwestia dbania o krążek - należy unikać wilgotnych miejsc, jak i słońca (to z kolei psuje poligrafię). Płyty zawsze można odpowiednio przeczyścić, lub dać do naprawy i będą chodzić normalnie. I tak naprawdę, dopiero za 200 lat będzie wiadomo, jaka jest realna wytrzymałość Cedeka. Dlatego też jestem tak wierny temu formatowi.

EXTRA: Jeśli ktoś chce z kolei "The REALEST Deal", "honest-to-god" najprawdziwszej wersji, to musi tak naprawdę słuchać taśmy matki (master-tape). I czasem jest to wykonalne. Polecam zdobyć Internal Bleeding "Voracious Contempt" z 2021 przez Dissonant Tapes - jest to zgrywka typu reel-to-reel (było wykonanych tylko 25 kopii). I wtedy macie tak naprawdę najlepszy format do słuchania muzyki, który faktycznie rozwala kasety, CD i winyle razem wzięte.

Powód, dla którego tak zajadle dzisiaj chciałem jechać po winylach i bronić dobrego honoru CD jest taki, że format ten jest wg mnie po prostu idealny. Cedek nie jest ani za duży, ani za mały, ba jest dosłownie jak kompaktowa książka. Jest też bardzo wytrzymały - aczkolwiek w przeciągu ostatnich latach produkcja CD się pogorszyła i częściej spotykam się z wadami, których nie było wcześniej, ale to też efekt pazerności korporacji. I tutaj też jest niestety smutna refleksja - lepiej kupować starsze tłoczenia CD, bo były one wykonane fachowo, w przeciwieństwie do współczesnych, gdzie mała ryska, albo kurz potrafi wszystko spieprzyć. Odtwarzacze CD też są niestety obecnie chujowe. Może dlatego tak bardzo chciałbym zobaczyć renesans muzyki w formacie CD, bo chciałbym wreszcie kupić jakiś porządny model na następne 20 lat.  Sam winyl jednak w niczym nie ustępuje CD, w żadnej kategorii, a nawet jest gorszy, chyba że się preferuje okładki w wysokiej rozdzielczości - to jest chyba jedyna realna przewaga winyla. Jest tylko jeden problem - jedna płyta winylowa to kilkukrotność ceny cedeka, tak więc, kto co lubi. Wszystko jednak, czego słuchacie obecnie, jest cyfrowe, a nie analogowe, i najwyższy czas skończyć z tym hipsterskim mitem.

* Starszą dałem koledze. Nie sprzedał na allegro tylko z tego powodu, że książeczka miała ślady po wodzie, ale bynajmniej nie z mojej winy, gdyż taką właśnie wersję kupiłem swego czasu w jednym z pasaży, ale jakoś nigdy tego nie reklamowałem - odbiłem to sobie potem, przy innej okazji.

** Choć nie najstarszą w mojej kolekcji, bo odziedziczyłem po wujku parę klasyków, jak Stone Temple Pilots, Iron Maiden, Pink Floyd i właśnie Led Zeppelin, które wujek kupił w Anglii w latach '90 - wszystkie chodzą jak nówki.

 **Bonus: pamiętam rozmowę z ojcem, który dla odmiany kolekcjonował kasety wideo z filmami (jak widać, niedaleko pada jabłko od jabłoni) i o tym, jak się załamał, gdy się dowiedział, oglądając program w TV, że taśma się rozkłada i że żywotność takiej kasety to jest jakieś góra max 20/30 lat, chyba że się zajedzie wcześniej. Był bardzo pod wrażeniem filmów na CD/DVD. Niemniej jednak, tak się zniechęcił do kolekcjonowania filmów, że już mu tak zostało. To tylko tyle, że się jeszcze skusił na parę serii, które chodziły po kioskach Ruch-u, typu "najlepsze westerny" itp.

Komentarze