DECONSTRUCTING / DEBUNKING: USA is a Big Country

(źródło: GEMINI AI)

ENGLISH FOR DUMMIES

W dzisiejszym poście będzie nieco analizy, liczb, oraz wynikających z tego przemyśleń. Będzie coś ku pokrzepieniu serc. Ale przede wszystkim będzie statystka i liczby.

Postanowiłem nieco zdemitologizować Stany Zjednoczone, jako "wielki kraj" z ogromną masą zespołów, gdyż bardzo błędnie często przyjmujemy, że jest to JEDEN kraj, podczas, gdy tak naprawdę, jest to 50 osobnych PAŃSTW, połączonych federacją w republikę. Nie jest to jakiś unikatowy model, zarówno Rosja, jak i Niemcy mają podobną strukturę (przypadek? nie sądzę), ale może się to wydawać dziwne u nas, gdzie jednak nasze województwa nie uważają się za oddzielną narodowość (choć faktycznie, w przeszłości za czasów I i II Republiki mieliśmy tygiel kulturowy).

Jako dane liczbowe wziąłem (bo z punktu widzenia, dobrze jest dla ilustracji danego zjawiska narzucić pewne ramy i ograniczenia, aby móc coś realnie wykazać, a nie tworzyć kłamstwa statystycznego) następujące dane:

  • Okres od 1980 do 2000 roku - czyli czas, kiedy subkultury były żywe, internet nie istniał w świadomości ludzkiej, a jednocześnie, wystąpił proces globalizacji, który sprawił, że jednakowo w tym samym czasie i miejscu zaczęły pojawiać się te same trendy, mody i technologia.
  • Ilość zespołów Death Metalowych w powyższym okresie - ponieważ, jest to mój ulubiony gatunek, a ponadto, ponieważ jest to ilościowo najchętniej grany gatunek (tak, nawet Black Metal nie ma tak dużo zespołów, co Death). Więc w tym znaczeniu, jest to najbardziej reprezentatywny styl, lepiej oddający pewne tendencje, niż jakbym wziął teoretycznie style o większym potencjale komercyjnym, typu Groove, Thrash, Nu Metal. Uwzględnia to też hybrydy, typu Death / Thrash, Black / Thrash, Doom / Death, itp. itd.
  • Ilość wydanych płyt Death Metalowych w powyższym okresie - to też poniekąd odsiewa grube ryby od płotek i pokazuje, ile z tego potencjału udało się wycisnąć. Z tego też względu, uważam to za najbardziej optymalne wskaźniki, które są w stanie pokazać prawdziwy obraz.

Tak prezentuje się całe USA, przy uwzględnieniu powyższych parametrów (dane wg. Metal-Archives, gdyż są niby bardziej oficjalne, niż moje własne obliczenia, wedle moich skoroszytów, jako że nie zawsze się zgadzam z podaną klasyfikacją):

 

I ponieważ nie zmieściłem, to jeszcze trzeba wspomnieć o stolicy, czyli Waszyngton, D.C. (autonomiczny region). Tam było (w zależności kto liczy) 5 zespołów i 2 płyty. 

W czołówce jest: 1. Kalifornia, 2. Nowy Jork, 3. Floryda, 4. Illinois, 5. Teksas

Wraz z Ohio, Pensylwanią kończą zestawienie w liczbach powyżej setki, ale dalej, to już jest totalna wiocha i bryndza. Należy wspomnieć honorowo o Wisconsin - nie mają imponujących liczb, ale za to mają konkretną jakość (np. Morta Skuld). Najlepiej wypada Vermont - totalnie nic się tam nie działo, aż do 2009 r., kiedy to ekipa z Wirginii się tam przeniosła. Następne dokonania nastąpiły dopiero po 2013 r. 

Zaznaczyłem Florydę na czerwono, bo tam niemalże prawie każda kapela wydawała pełną płytę, co też potwierdza znaną powszechnie popularność tejże sceny. I też analogicznie w innych stanach, jeśli występowało podobne zjawisko, to również czcionka jest na czerwono.

Mogą pojawić się drobne błędy, gdzie np. dany zespół, jak Mortician, zaczynał w Nowym Jorku, a potem przeniósł się do Newady, przez co mógłby zostać ujęty dwukrotnie, gdybym nie zauważył (zaliczyłem ich do Newady, gdyż praktycznie nic nie nagrali w NY, a ponadto, uważają Newadę za swój "stan" wyjściowy), ale umówmy się, że mieści się to w granicy błędu statystycznego i nie ma to większego znaczenia dla ogółu, ani końcowych wniosków. Nie zamierzam bynajmniej dzielić włosa na czworo, bo bym kompletnie ocipiał.

W przypadku Illinois, należy wspomnieć o Chicago, ale przede wszystkim fakcie, że mieszka tam bardzo dużo Słowian (Czesi, Polacy, Rosjanie), co może nieprzypadkowo tłumaczyć przyczynę popularności danego gatunku w tamtejszym stanie. Wysoka ilość ekip z New Jersey, mimo bycia małym stanem, wynika z jego bliskości z Nowym Jorkiem. Dość wspomnieć, że Incantation pochodzi właśnie stamtąd, ale często przez samych Amerykanów są myleni z Wielkim Jabłkiem.

Ale swoisty absurd, że duże połacie terenu upiekły mało chleba, można wytłumaczyć w oczywisty sposób zagęszczeniem ludności. Taka Newada, poza kasynami, to jest tak naprawdę jedną, wielką bazą wojskową i pustynią. Swoją drogą, paradoksalnie, łatwiej byłoby wam wymienić zespół z Maryland (Dying Fetus, Misery Index, Pessimist, Aurora Borealis, Exterminance, Horror of Horrors), niż z Wirginii (Arghoslent, Deceased - tak, tak, ta ekipa jest z tego stanu!!!), mimo iż ta druga ma nieco więcej kapel do zaoferowania.

Co równie ważne, stany takie jak Luizjana może nie oszałamiają wielkością, ale potrafiły stworzyć własną, unikatową recepturę grania, do tego bardzo charakterystyczną (Sludge Metal). Dałem też strzałkę z Mississippi do Luizjany, gdyż obie płyty (stworzone przez jeden zespół - Abuse) zostały wydane, gdy grupa przeniosła się właśnie do Luizjany, więc jest to przykład błędu statystycznego w praktyce. Więc uczciwie należałoby uznać, że albo Mississipi: 0, Luizjana: 19, albo Mississipi: 2, Luizjana: 17. Ja natomiast, jak to mutant, wybrałem opcję "oba naraz". Nie tyle dlatego, że jestem mendą, ale ponieważ też chcę pokazać, jak bardzo popieprzone są Stany Zjednoczone.

Wypada też wspomnieć honorowo Portoryko - terytorium należące do USA, ale nie będące "Stanem". Otóż, tam było ze 20 zespołów i aż 2 płyty, z czego jedną posiadam (Organic Infest). A jak dobrze pójdzie, to może nawet i ta druga też się pojawi w kolekcji (Deathkross).

Ogólnie jednak, różnice we wszystkich stanach, poza tymi głównymi zdają się być minimalne. Stany Zjednoczone - najbogatsze państwo trzeciego świata, z dobrym pijarem. Jak najbardziej też zachęcam do wyciągania własnych wniosków i dzielenia się przemyśleniami na ten temat.

A tak, dla porównania, wygląda mała, post-komunistyczna, niby nic nie znacząca Polska: 

 

Boleśnie widać tą różnicę, nieprawdaż? Kilkakrotnie więcej zespołów i o niecałą połowę więcej płyt od Kalifornii, w tym samym okresie czasowym.

A jeszcze macie na dokładkę moją ukochaną Brazylię:

Zawsze uważałem, że zdrowa scena Metalowa danego kraju świadczy o wysokiej kulturze, jak i REALNYM poziomie swobód obywatelskich. Do tego tematu zresztą jeszcze wrócimy dalej.

Innymi słowy, nie da się tłumaczyć biedy w USA czynnikami ekonomicznymi, czy też geograficznymi, a bardziej społecznymi. W USA, Metal (głównie ten radiowy) miał swój zeitgeist w latach '80 (pokonując o dziwo disco), ale dość szybko spadł z cokołu na rzecz Rapu i Grunge. U nas też zresztą te gatunki były (są?) popularne, ale nie przeszkadzało to nam w tworzeniu alternatyw dla mainstreamu. Zaczynam natomiast bardziej rozumieć, jak w wywiadach, wiele zespołów Made in USA narzekało, że Metal nie jest u nich popularny i że bardziej opłaca się koncertować po Europie. Jak dobrze pamiętam anegdotę, to Testament w latach '90 grał dla publiki liczącej ok. 200 Amerykanów, a potem leciał na nasz kontynent, gdzie średnio na trasie było powyżej 3 tysięcy luda.

Kolejna z rzeczy, które zauważyłem, to Kanada, która przez jankesów jest wielokrotnie pogardzana i traktowana z szyderą, miała w pierwszej połowie lat '80 dużo więcej diabelskich, anty-chrześcijańskich grup, niżli USA, która mogła się co najwyżej pochwalić w tym temacie Slayer'em. Religijność w USA jest legendarna, ale ludzie nie do końca zdają sobie sprawę z tej siły, gdyż jest to przesłonięte przez (zbyt) daleko idący liberalizm promowany przez Hollywood, który bynajmniej nie jest reprezentatywny - jest tylko najgłośniejszy i najlepiej finansowany.

Przyznam szczerze, że oglądam Kanał Zero (reklama niesponsorowana) i tam bardzo często próbują pokazać Polskę jako kraj, gdzie wiele firm i pomysłów osiągnęło sukces, ale niekoniecznie rozgłos, a jednocześnie pomija się wielgachnego słonia w pomieszczeniu - jeśli chodzi o scenę Metalową, to tylko Niemcy (1070 zespołów i 497 płyt - cały czas te same parametry) i Szwecja (bagatela ledwie 701 zespołów, ale za to 345 płyt, z czego wszystkie znane i lubiane) nas pokonują w skali światowej *. Poza Death Metalem również mamy co pokazać - przypominam, że TSA, Kat i Turbo (choć nie tylko) powstawały równolegle do Metalowej fali na świecie - byliśmy ważną częścią globalnej sceny od samego jej początku.

Jak wam  podoba robienie takich zestawień i statystyk, to możecie wyrazić aprobatę i coś napisać od siebie - wtedy może częściej będę się bawił w takie wyliczenia i analizy.

---------------------------- 

* przy ujęciu jednocześnie ilości + jakości, bo np. Francja ma bardzo dużo (o dziwo) różnorakich grup (większość z nich promowanych przez francuskie firmy Osmose i Season of Mist), ale niewiele z nich zyskuje uznanie poza samą Francję (casus skądinąd genialnego Loudblast). W przypadku Polski natomiast, to niejednokrotnie nawet te najbardziej obskurne grupy potrafią znaleźć sympatyków (jak Ghost w Meksyku, czy Necrophil w Niemczech - prywatna obserwacja, na podstawie rozmów z ludźmi z całego świata na przestrzeni lat, gdzie również korespondowałem z Metalami z Libanu).

Komentarze