IV. The Meaning of Life (1990) Czas trwania: 49:48, 10 tracków
Wg samej grupy, ich największy sukces komercyjny i to już w czasach,
kiedy Thrash Metal wyraźnie zaczynał ustępować Death Metalowi. I faktycznie, trudno jest cokolwiek zarzucić temu arcydziełu ludzkości. Umiejętności i doświadczenie zaczynają procentować, wraz z ilością
wypitego piwa, niemalże na wzór gier typu RPG (+1 skillpoint) - również w zakresie kreatywności. Mam oczywiście swoje faworyty,
jak "Beermuda", czy "Space Beer", ale każdy utwór ma tutaj coś ciekawego
do zaoferowania. Dostajemy też kolejne długaśne numery, tym razem
podwójnie, czyli "Wheel of Rebirth" oraz "Mechanical Man", w ramach
zadośćuczynienia za to, że poprzednio obyło się bez epickości. Na okładce mamy obie maskotki grupy, a także ówczesnego Papieża, Mike'a Tyson'a i bodajże niemieckiego kanclerza (albo jakiegoś innego szwabskiego polityka, whatever, I don't care). | |
V. Stone Cold Sober (1992) Czas trwania: 61:43, 12 tracków
Impra musiała być gruba, bo zdaje się, że grupa postanowiła wcisnąć lekko hamulec i nieco
wytrzeźwieć, jak każdy dojrzały człowiek. I tym razem dostajemy nową, epicką, ale instrumentalną 7-minutówkę, "Of Strange
Talking People Under Arabian Skies". Aczkolwiek trzeba uczciwie
powiedzieć, że większość tracków nie schodzi poniżej 5 minut. Jest
zróżnicowanie w tempach, chęć tworzenia bardziej rozbudowanych utworów,
tylko tym razem jakoś tak zabrakło kopa (i paliwa, aby móc to osiągnąć w sposób autentyczny i szczery). Album też nie pozostawia po
sobie specjalnie jakiś większych impresji. Z perspektywy ówczesnej dyskografii, można było odnieść wrażenie, że formuła zaczęła fermentować, ale nie jak piwo, a zgniłe jajo. No dobra, może się za bardzo czepiam. | |
VI. Two-Faced (1994) Czas trwania: 52:52, 12 tracków
Dla wielu ludzi, "Two-Faced" kontynuuje spadek formy, z czym się
osobiście nie zgadzam, gdyż jest to (uwaga, uwaga) moja ulubiona płyta grupy (dokładnie tak). Cholernie
zróżnicowana, nieco poważniejsza, z dużą ilością goryczy. Mamy tematykę
zdrady małżeńskiej, obawy przed rosnącym trendem szowinistycznego nacjonalizmu,
wojny na wschodzie, ogłupiającej telewizji, cyberświata, itp. I zapewne to może zniechęcać słuchaczy-piwoszy. Dostajemy
też chyba pierwszy wolniejszy numer w postaci "Days of the Gun". Brakuje
może nieco poczucia humoru, ale nadrabiane jest to wyjątkowo agresywnymi riffami.
Nie ma też przesady w czasie trwania utworów - trwają one tyle, ile
mają trwać. Facet na okładce nie jest Reagan'em, choć go nieco przypomina. Bardziej jednak ma on symbolizować niepozornego faceta, który skrywa mroczny sekret. Ja bym jednak obstawiał, że był inspirowany przeciwnikiem Batmana, który właśnie taki miał pseudonim - Two-Face, a który paradoksalnie miał się pojawić na ekranach kin rok później w filmie "Batman Forever". | |
VII. The Tankard (1995) Czas trwania: 44:33, 10 tracków
Wraz z komplementarnym albumem z coverami ("Ausgetankt", ale o nim następnym razem) stanowi on
pożegnanie z wytwórnią Noise Rec. Jest to niestety chyba najsłabsza
pozycja w klasycznej ery Tankard. Nie tylko brakuje energii, siły, czy
ostrości, jest też kompletnie nijako pod względem chwytliwości utworów.
Jest takie wrażenie, jakby grupie nie bardzo chciało się wkładać pracy w
napisanie czegoś konkretnego. Na pocieszenie mamy powrót do lżejszej
tematyki i robienia sobie jaj. Niespecjalnie jednak jest co polecać
odnośnie tej płyty. Są jednak i tacy, to nie żart, dla który ta płyta jest wart, więcej niż zero... więcej niż zero... O-O-O... O! CIĄG DALSZY NASTĄPI... |
|
Komentarze
Prześlij komentarz