Anatomia ESP: Mordor

>ENGLISH< 

Hiszpania to jeden z mniej uczęszczanych krajobrazów światowego Metalu. Od dawna walczę z tym stanem rzeczy i jako wytrawny koneser, zamierzam dzisiaj wykorzystać w tym celu dość obskurny zespół Mordor. Nie mylić z wyśmienitym, polskim Mordorem, który grał bardzo niski, grobowy Doom / Death. 

Każdy, kto choć trochę zdążył mnie poznać, choćby czytając bloga, zapewne domyśli się, jak też to natrafiłem na taką egzotyczną kapelę, o której mało kto wie. Odpowiedź jest prosta - grzebię sobie nieraz w tym, co poszczególne wytwórnie wybierają do wznowienia. Xtreem, będąc hiszpańską firmą, postawił na kilka rodzimych wynalazków, w tym właśnie i dzisiejsza formacja, grająca brudny, mroczny Thrash (czasem ze staro-szkolnym growlingiem) z Crossovero-politycznym zacięciem.

Mordor mądrze zastosował się do niepisanej zasady, czyli zaczął swój debiut "Hogar, Dulce Hogar" (1994) z przytupem od dwóch mocno dopracowanych numerów, prezentujących grupę od jak najlepszej strony i będące dość wyrazistą wizytówką. Symbioza latynoskiej wrażliwości w postaci akustycznych wstawek, z Thrashowym wymiataniem. Nie osobno, a razem. Doskonale przemyślane solówki i napięcie, które jest podkręcane i utrzymywane do końca. "Enterrado vivo" i "Cría cuervos" są w stanie bez większego problemu przekonać nieprzekonanych.

W dalszej części programu, nieco uchodzi powietrze i ekipa pozwala sobie na nieco luzu i odrobinę żartów, jak "Jodiendo Funky", który właśnie robi to, co ma w tytule. Albo biesiadny "Saca el Güisky Cheli". Punkowość w strojeniu i riffach pozwala na nieco więcej przestrzeni w produkcji i choć nie jest to najlepiej wyprodukowana płyta wszech czasów, mimo swego obezwładniającego mroku, nie zadusza słuchacza i stara się zaprezentować dość zróżnicowany repertuar, gdzie o każdym utworze można powiedzieć, że ma coś charakterystycznego, czy to solówkę, zagrywkę, czy też jakieś przejście.

Trzeba też pamiętać, że jest to przede wszystkim klasyczny Thrash, tak jak się go grało na początku lat '90. Nie należy też oczekiwać od perkusisty umiejętności na poziomie Gene Hoglan'a. To jednak mimo wszystko trzecia liga, nawet jeśli słucha się wyśmienicie. I jakby też ktoś jeszcze tego nie zauważył, Mordor używa hiszpańskiego do darcia ryja. Powiedziałbym, że z łacińskich języków, to chyba portugalski się najlepiej sprawdza. Francuski, włoski, czy właśnie hiszpański mają dość specyficzną manierę i gruby akcent, do której się trzeba trochę przyzwyczaić.

Formacja miała jeszcze drugi album "¿Evolución?..." (1997), który był nieco bardziej skrajny i Crossoverowy, choć nie tak przemyślany jak debiut. Żadnych wstawek, kombinowania, itp. Zamiast tego klepanie tego samego przez godzinę w stylu Ratos De Porao. Innymi słowy, nuda jak flaki z olejem. Więc jeśli chodzi o przygodę z Mordor, to pozostaje słuchać głównie ich pierwsze dzieło.

Reasumując, warto sobie poszukać i sprawdzić. Możliwe, że nie zrobi ten album większego wrażenia, ale jak dla mnie, bomba. Właśnie tego typu obskurne produkcje cenię sobie najbardziej.

Komentarze