The Upstarts: Sacratus
Panuje dość osobliwy proceder, zwłaszcza wśród zespołów Death Metalowych, gdzie dana grupa głosi wszem i wobec, że już działali w latach '90, nawet jeśli nie ma na to fizycznych dowodów. Jest to naprawdę powszechne, dość wspomnieć jako przykłady Entrails, Tenebro, czy Ruin (jakoś nie wierzę, że faktycznie wydali demko w 1991).
Nie wiem jak to było tak naprawdę z meksykańskim Sacratus, bo owszem, ekipa składa się z paru weteranów, jak np. Fernando Zuñiga, który to udzielał się głównie Dream of Nebiros, oraz paru byłych już członków, co to działali w Deadly Dark (całkiem fajny, obskurny klasyk, polecam umiarkowanie), ALE jest też i paru młodzików, choć mają już nawet pokaźne CV. Ostatecznie, zważywszy na to, że ich pierwsze dostępne nagranie pochodzi z 2018 r., to będę traktował ich jednak jako zespół "nowej ery".
Album jest dedykowany zmarłemu perkusiście Sacratus, który to zresztą współtworzył grupę. Debiutancki krążek "Where the Sounds Were Corrupted" został nagrany w 2021, ale wydano go dopiero w 2023 r., przez dwie firmy: MAT Records i Abyssmo Prod.
Muzyka, czyli główna inspiracja do napisania tego posta, jest bardzo przekonywująca. Mamy z jednej strony szczere granie mocno inspirowane Death / Schuldiner'em, a z drugiej, próbę nadania całości własnego charakteru, opierając się na używaniu kilku własnych patentów, zdaje się charakterystycznych dla Sacratus, a które to nazwałbym lekko melancholijnymi melodiami zagranymi w iście meksykański sposób (kto słyszał Mar de Dolor, ten się domyśli o co mi chodzi). Trudno jest mi tego nie docenić, bo rzadko się trafia, aby tak świeża grupa umiała zarzucić swoimi autorskimi pomysłami.
Myliłby się natomiast ten, kto by myślał, że pojawia się smutny Doom / Death w riffach. Nic z tych rzeczy, choć faktycznie, chciałoby się to określić mianem szybkiego, ale nie śpieszącego się zbytnio Death / Thrash, o brzmieniu prosto z Florydy. Takie "Leprosy", ale o 1/4 wolniej. Dla mnie jednak najważniejszą cechą zawsze będzie kompetentność w pisaniu utworów, jak i umiejętność wytworzenia spójnej aury, dzięki której album wchodzi jak masełko. I tego bynajmniej na tym zacnym dziele nie brakuje.
Wokal nie przeszkadza zbytnio i nie pcha się na prowadzenie. Jego sporadyczność mi nie przeszkadza, gdyż pozwala muzykom skupić się na zaprezentowaniu swoich kompozycji w pełnej krasie. Ba, tytułowy numer jest instrumentalny i doskonale sobie płynie, z niebywałą lekkością. Perkusja też gdzieniegdzie lubi sobie zagrać jak Ventor na starych dokonaniach Kreator.
Ogólnie więc, podsumowując, całość mi się spodobała, jak mało co. Zachęcam do odsłuchu:
Komentarze
Prześlij komentarz