Anatomia SWE: Mithotyn

Spuścizna Invasion Records, mimo iż rżnęli zespoły na kasę i to grubo, jest nieprzeceniona. Weźmy taki choćby Mithotyn, gdzie zespół przebierał się w średniowieczne fatałaszki, pozując na rycerzy, prosto z jarmarku.

A zresztą, popatrzcie sobie, jak to wyglądało:

Trochę mnie ubodło w żebra, że re-edycja Hammerheart jak zwykle sobie poleciała w kulki i zamieściła normalne, nudne zdjęcia. Miałem swego czasu opcję wzięcia 3-płytowej kompilacji ich dyskografii, ale chyba dobrze, że nie wziąłem i poczekałem (była jeszcze biedniejsza). Mimo wszystko, nowa wersja ma już profesjonalnie zrobioną okładkę.

Skandynawowie lubują się w przywłaszczaniu sobie monopolu na wikingów, choć każdy historyk wie, że wikingowie nie byli przypisani bezpośrednio do konkretnej nacji, a bywali nieraz określeniem na tzw. najemników / psów wojny (zawód równie stary co prostytucja, a poniekąd jego męski odpowiednik). Słowianie również nieraz należeli do tej grupy, ale może o pewnych zastanawiających podobieństwach kultur z tego regionu pogadamy innym razem. W każdym bądź razie, tematyka Mithotyn, to opowieści z dupy wzięte, ale na czymś mit szwedzki musi się opierać, nieprawdaż? 

Ich debiut "In the Sign of the Ravens" (1997) zawiera utwory niemalże epicko długie, średnio trwające po 7 minut. Stylistycznie, to przede wszystkim są marynarskie Power melodie, trochę nisko strojonego Death, oraz przygaszonego Black. Chciałoby się rzec, wypadkowa Running Wild (również w warstwie perkusyjnej) z amalgamatem norweskich przypadłości. Jedyne co może być w pełni wikingowskie, to przyśpiewki (jak w Bathory) i odrobina folkowych zagrywek na akustycznie, wraz z klawiszami imitującymi czy to flet, czy to jakieś batalistyczne symfonie. Melodie są marzycielskie i pełne tęsknoty. Prezentują też różne stany samopoczucia, że się tak wyrażę, bo jest łzawo, wesoło, a czasem też z patosem. Mimo przaśności, można mówić o solidnym materiale, choć możliwe że z wiekiem gust mi się pogarsza.

Zachęcam do poszerzania horyzontów, a jak ktoś jest zasłuchany w latach '90, to nie muszę namawiać. Swoją drogą, ostatnio trochę tego się pojawiło, bo jeszcze Otyg i Vintersorg też doczekały się powrotu na rynek. Ale nie spodziewam się wybuchu grania pod neofolk.

Komentarze