Beyond Metal: Face (Twarz)
Nie zawsze zarzucam coś do słuchania, czasem warto też coś zarekomendować do przeczytania. A dzisiaj będzie wyjątkowo smaczny kąsek.
"Face" (po polsku "twarz") to nowela graficzna wydana przez Vertigo (imprint DC przeznaczony dla dorosłych i prezentujący bardziej rozumne, mniej komercyjne podejście komiksów) w roku bezpańskim 1995. Po latach wznawiany przy różnych okazjach, trafiła się też (jak cudownie) polska edycja w 2023 r.
Swoją drogą, czyż to nie wspaniałe być rozwiniętym krajem, które wreszcie może sobie pozwolić na coś takiego? To jeszcze za dzieciaka, jak się pochłaniało "X-Men", "Spawn", czy "Batmana", to się w ogóle o tym nie śniło. Celebracją było, jak wyszło wydanie specjalne z "Lobo". A gdzie tam w ogóle myśleć o "Sandman", "Swamp Thing", czy "Doom Patrol"? Mijają dekady i praktycznie wszystko jest i to nawet stosunkowo tanio.
Autorami są Peter Milligan (scenariusz i dialogi) i Duncan Fegredo (rysunek). Tego drugiego za cholerę nie kojarzę, zresztą też nie zamierzam specjalnie wyszukiwać jego innych prac. Jego kreska jest poprawna, spełnia swoją funkcję, a przez swą nierównomierność i błędy (zamierzone lub nie), udaje się jej nie tylko nie przeszkadzać w opowiadanej historii grozy, ale również udaje się jej czasem okazjonalnie wzmocnić.
Peter Milligan zaś to zdecydowanie jeden z moich faworytów, jeśli chodzi o pisarzy komiksowych. Do polecania i obowiązkowego zapoznania się należy "X-Statix", z genialnym Allred'em - polecam, zwłaszcza tym, którzy nie cierpią superbohaterów, choć formuła wielkiego brata i celebryctwa jest nieco archaiczna z współczesnego punktu widzenia. Ponadto, "Shade, the Changing Man" (którego będę musiał w następnej kolejności kupić, bo to kult jak chuj), "Bad Company" (cykl dla brytyjskiego magazynu 2000AD), czy też nieco zapomniana mini-seria "The Extremist" z równie niedocenionym, co nieco kontrowersyjnym stylistycznie Ted'em McKeever'em (narysował "Engines", która wyszła w Polsce jako Batman #75 2/97, a która spotkała się u nas z dość chłodnym przyjęciem). "The Extremist" też bym bardzo chętnie przytulił, gdyby ktoś chciał to przetłumaczyć i wydać. Ponadto, zaliczył 50 numerów "Hellblazer" (zdecydowanie lepszy okres od przereklamowanego Garth'a pEnnis'a).
Polacy powinni kojarzyć Milligan'a za krótką historię o pojedynku Batmana z Riddler'em, pt. "Dark Nights, Dark City" (polskie wydanie przez TM-Semic, nr 8/91), które zgrabnie łączyło zagadkę kryminalną z gustownymi ilustracjami oddającymi doskonale klimat miasta Gotham.
W każdym bądź razie, jest to pisarz, co do którego mam zaufanie, że nie odwali gówna i że zawsze zaprezentuje historię wartą przeczytania. Nie inaczej zresztą jest tutaj.
"Face" to horror, niemalże jak u Stephen'a King'a. Jak każdy dobry horror, prezentuje stosunkowo prosty, ale konkretny pomysł: chirurg, wraz żoną, udaje się na wyspę, gdzie mieszka ekscentryczny artysta. Owy chirurg ma przeprowadzić na nim operację twarzy, aby owy artysta odzyskał inspirację. Brzmi jak trailer odcinka "Opowieści z Krypty", nieprawdaż? Więcej szczegółów zresztą nie będę zdradzał, bo bym naprawdę zepsuł autentyczną radość z czytania, a wierzcie mi, że im dalej w las, tym bardziej strasznie i niepokojąco, aż do makabrycznego finału, po którym zapewniam was, będzie wam naprawdę ciężko zasnąć. A już na pewno będziecie mieli o czym myśleć.
Ponieważ jest to nowela graficzna, to część wizualna pełni niemalże funkcję kamery filmowej i ukazuje nam te ujęcia i szczegóły, które służą narracji, jak i jednocześnie chowa przed nami w sposób równie szulerski co po niektóre elementy i zdarzenia, dla większego efektu. Jest taka stara zasada "ufaj opowieści, ale nie ufaj narratorowi". I ona zawsze się sprawdza w tych wybitniejszych dziełach, takich jak właśnie "Face".
Rysunek jest jednak spięty z narracją, dzięki czemu powstaje coś, czego sztuka filmowa nie potrafi i nigdy nie będzie w stanie zrobić - prezentuje obraz w sposób nieliniowy i swobodnie artystyczny, dzięki czemu poszczególne strony i fragmenty nabierają symbolizmu, oraz mogą być rozpatrywane na kilka sposobów.
Ponadto, jakby jeszcze było wam mało, pozwala nam lepiej zrozumieć psychologię, motywację, oraz postępowanie bohaterów w sposób stricte literacki. Aczkolwiek całość jest opowiadana przede wszystkim z punktu widzenia postaci głównej, czyli chirurga. Niemniej jednak pozwala nam i tak wejść głębiej i mimo skromnej objętości (łącznie 56 stron samej historii, nie licząc okładki, itp.), tworzy satysfakcjonującą i pełną całość. Każda strona jest ambrozją, którą kosztuje się powoli i metodycznie, starając się uszczknąć jak najwięcej.
I jak każda dobra literatura, jest pewien motyw przewodni, głębsza myśl, metafora ubrana w formie powieści, która może zmusić do refleksji i przemyśleń. Ale to już jest bonus, dla intelektualistów, którzy lubią analizować opowieści pod kątem ich znaczenia i przesłania. Zawsze jest to pewien walor, gdy istnieje myśl przewodnia, którą autor chciał nakreślić. W tym przypadku, poruszana jest wartość naszego indywidualnego oblicza, tego jak wiele o nas mówi i jak bardzo chcemy je kontrolować, również poprzez operację plastyczną, tudzież nadać mu nowy sens. Koniec dygresji.
To właśnie takim komiksom warto poświęcać najwięcej czasu i wyszukiwać w zalewie tandety. Niestety, nie jest łatwo je ot tak wyhaczyć, gdyż albo jesteśmy atakowani superbohaterami z USA, albo europejskimi gryzmołami z podtekstem politycznym, ale w jedyną słuszną stronę. Za mało zaś jest takich tzw. "one-shotów", czyli jednotomowych historyjek, które po prostu chcą zapewnić inteligentną, ale jednak rozrywkę.
Ja, w swej skromnej osobie, chciałbym serdecznie podziękować wydawnictwu Timof Comics za to, że chcieli wydać to dzieło w Polsce. A wam dobrze radzę, czytać, czytać i jeszcze raz czytać.
%20001-000.jpg)
Komentarze
Prześlij komentarz