Beyond Metal: Noon
Muszę się do czegoś przyznać. Za dzieciaka bawiłem się programami do robienia muzyki. Midi (konia z rzędem jak ktoś jeszcze wie, co to za format), Guitar Pro 6, jakiś Rave Generator, którego nazwy nie pamiętam (w wersji Trial), oraz kultowy Dance E-Jay, części druga, trzecia, oraz czwarta. Zachowałem zresztą swoje gnioty ku potomności (?) i czasem je sobie odświeżam dla rozrywki. Chodzi mi jednak o to, że rozumiem ludzi, którzy chcieli wejść na wyższy level i zacząć tworzyć muzykę elektroniczną na poważnie, używając profesjonalnych narzędzi.
Dzisiejsza legenda, bo tak go trzeba nazwać, choć pochodzi z Polski, to ze względu na bezwokalny charakter swej twórczości, może być spokojnie reklamowany na całym świecie. Mowa tutaj o (jak łatwo zgadnąć) Noonie, czyli Mikołaju Bugajaku. Co prawda, daleko mi do budowania ołtarza dla tego artysty, jak wielu ludzi u nas ma w zwyczaju robić, ale pomyślałem sobie, że jak już mam przedstawiać jakiegoś reprezentanta tego typu muzyki, to dlaczego nie sięgnąć po topkę?
Wg internetu, jego działalność mieści się w ramach szeroko rozumianego Instrumental Hip Hop, Downtempo, IDM, Glitch, cokolwiek to znaczy. Pominę jego liczne współprace z różnorakimi Raperami, ale napomknę tylko tyle, że owe kolabo zawsze wychodzą oficjalnie w dwóch wersjach: z wokalami, oraz bez, i co najzabawniejsze, wersje instrumentalne zazwyczaj sprzedają się lepiej i mają ogólnie większy popyt. Przyznam szczerze, że nie kojarzę drugiego takiego przypadku z głowy. Skupię się na jego solowych dokonaniach, zwłaszcza debiutanckiemu albumowi "Bleak Output" (choć nie tylko).
Pozornie minimalistyczne, o gorzkim, refleksyjnym posmaku, album starał się prezentować ulotne chwile i uczucia jakie towarzyszą człowiekowi w jego wędrówce w życiu. Niektórzy mogli by takie dźwięki nazwać depresyjnymi i jest w tym trochę prawdy, bo udało się artyście przelać poczucie szarości i beznadziei w muzykę. Wymowa bynajmniej jest gorzko-słodka. Zdecydowanie też lepiej wypada pierwsza połowa, zanim artysta pędzi w kierunku totalnych eksperymentów i odpływa w nieznane.
Dobra, może już wystarczy tych porównań, bo nie chcę żebyście dostali zgagi z niestrawności.
Po (w mojej ocenie) udanym i niedocenionym "Bleak Output", Noon przeszedł na format mini-albumowy. "Gry Studyjne" (2004 i naprawdę mu niewiele brakowało do bycia pełniakiem) bym uznał za doskonałą kontynuacje nie tyle dźwiękową, co koncepcyjną, gdyż album sobie doskonale płynie emocjami z utworu na utwór. Natomiast oraz "Pewne Sekwencje" (2008), choć nic mu nie mam do zarzucenia, niespecjalnie mnie też porwał. Ot, tylko i aż przyzwoite.
Na następną EP-kę przyszło czekać równo 10 lat, kiedy to wyszedł "Algorytm". I tutaj już zakończyłem moją przygodę z twórczością artysty, gdyż kompletnie to do mnie nie trafiło i sam nie wiem dlaczego, bo aż tak bardzo się to nie różni, ale z drugiej strony, nie ma tego "błysku w oku". Były też kolejne twory, ale na dzień dzisiejszy nie chciało mi się ich sprawdzać, ale myślę, że prędzej czy później moja ciekawość zwycięży. Może to jest tak naprawdę kwestia pochmurnego dnia, żeby być we właściwym nastroju na tego typu dźwięki? Jakikolwiek nie byłby to powód, nieśmiało polecam tym, którzy nie boją się elektroniki jak święconej wody. Ale też niekoniecznie polecam, bardziej jak ktoś chce sobie poszerzyć paletę barw o dodatkowe kolory. Ech, bardzo trudno jest nie popaść w poetyckość, za co przepraszam.
HAIL METAL (od razu lepiej).
Komentarze
Prześlij komentarz