Anatomia NOR: Darkthrone III (of IX)

   

SWITCH TO ENGLISH

PIERWSZY OKRES – NIEŚWIĘTA TRYLOGIA BLACK METALU
1992-1995

2.A Blaze In The Northern Sky (1992)

Czas trwania: 42:05, 6 tracków

Początkowo grupa chciała stworzyć ostateczny, najprawdziwszy i najdzikszy album Death Metalowy. Przymiarki były, w klasycznym składzie. Niestety, ale efekt końcowy nie zadowalał nikogo, co skończyło się tym, że grupa zmniejszyła się o połowę i tak też miało już zostać do końca historii zespołu. Zarówno Fenrizowi, jaki i Nocturno Culto nie wystarczało to, że album miał być ekstremalny muzycznie. Co to, to nie, zarówno brzmienie, jak i kwestie wizualne również miały dorównywać bezlitosnej kawalkadzie dźwięków. Inspirowani Euronymousem i Sarcófago, Darkthrone zarzucił Corpsepaint na twarz, po czym zrobił sesję zdjęciową, która najprawdopodobniej miała iść albo do wywiadu, albo na tylną część albumu. Trafiła jednak na okładkę. Czarno-białe zdjęcia w dość dziwnej pozie. Sam tytuł płyty nawiązywał do słynnych podpaleń kościołów w Norwegii.

W każdym bądź razie, niechcący grupa stworzyła standard, jeśli chodzi o Black Metal. Dzisiaj grafika i brzmienie płyty nie dziwi, ale jestem w stanie sobie wyobrazić minę wytwórni jak zobaczyli co im zespół przyniósł do sprzedaży. To troszeczkę jakby Madonna zaczęła nagrywać na ulicy muzykę typu Outsider Country po najmniejszej linii kosztów i oporu i chciała zainkasować za to kupę kasy. Oczywiście, Thrash, Death, czy Black, czerpały garściami z muzyki Punk, ale Black Metal poza podejściem do grania, inspirował się również etosem jeśli chodzi o bezkompromisowość, zwłaszcza wobec wytwórni.

Tak więc, historia skończyła się na zasadzie, że albo będzie album wydany tak jak zespół tego chce, albo niech spierdalają. O dziwo, Peaceville Records, zgodziło się na takie warunki i pewnie ku ich większemu zdziwieniu album okazał się mega-sukcesem, wystarczająco dużym, aby grupa, bez żadnych nakładów promocyjnych stała się być głównym chlebodawcą. Jakby nie patrzeć, idealna sprawa, tanio zrobione, tanio wydane, zero nakładów, minimum kosztów, maksimum zysków. Może dlatego też nie za bardzo przepadam za Black Metalem, gdyż za bardzo przeistoczyło się to w zawody typu „kto chujowszy, ten prawdziwszy”, zamiast rozwoju i zaskakiwaniu słuchacza. Sam Darkthrone zresztą też miał się sparzyć na tym, co zapoczątkował, ale nie uprzedzajmy faktów.

Stylistycznie, co zresztą już potwierdzają wszyscy, zarówno hipsterzy, jak i sama grupa, słychać tutaj echa Death Metalu. Ja co prawda ich nie słyszę, ale nie będę się kłócić z mądrzejszymi od siebie. Dla mnie osobiście więcej tu wpływów Celtic Frost i Bathory, niżli czegokolwiek innego i nie ukrywam, że na następnych płytach, Darkthrone dużo lepiej odda hołd tym zespołom, niż zrobił to tutaj. Jest to album ważny dla mnie, jak i dla Black Metalu, ale skłamałbym, gdybym powiedział, że słuchałem / słucham tego albumu fanatycznie. Porządne granie, ale to nie jest szczyt możliwości, a zaledwie przymiarka.

 

3.Under a Funeral Moon (1993)

Czas trwania: 40:41, 8 tracków

Po ogromnym sukcesie „dwójki”, zaledwie rok później (aczkolwiek tamten czas był chyba najbardziej płodnym w historii Darkthrone) powstała kontynuacja. Tym razem wszystko jest nieco bardziej poukładane, przemyślane i teoretycznie lepsze od poprzedniczki. Jednak moim skromnym zdaniem, problemem tej płyty (jak i zresztą wielu innych albumów tejże kapeli) jest bycie pomiędzy dwoma ważnymi płytami, przez co sam album jest nieco traktowany po macoszemu i gdzieś tam się rozmywa.

Oczywiście, nie zabraknie obrońców jak i ludzi, którzy stawiają ołtarz temu tworowi. I jest to jak najbardziej zrozumiałe, gdyż jest to materiał dużo czystszy gatunkowo. O ile „Blaze” był eksperymentem i nikt nie wiedział, czy to wypali, tak tutaj mamy pełną premedytację, jeśli chodzi o styl i klimat. Nie brakuje też tutaj kilku pierwszych hitów, które stety albo niestety, staną się standardami jeśli chodzi o Black Metal.

 

4.Transilvanian Hunger (1994)


Czas trwania: 39:04, 8 tracków

Pierwszy album Darkthrone, który usłyszałem. Ale nie dlatego jest on najlepszy. Jest on najlepszy, ponieważ taki jest ogólny konsensus, więc nie ma za bardzo pola do manewru.

Zacznijmy może jednak od tego, że płyta jest dedykowana Dead’owi z Morbid /Mayhem. Dodajmy też, że zarówno graficznie jak i dźwiękowo zespół poszedł kolejny krok dalej i kompletnie się już zatracił w mroku i brudzie, do tego stopnia, że się zastanawiam jak z tego wyszli. Również jest to ten etap w historii, gdzie Varg Vikernes idzie do więzienia, Immortal nazywa siebie Holocaust Metalem, Enslaved przechodzi na pełen Viking Metal, Emperor pali cygara, zakłada monokl i wchodzi na salony, a Satyricon jeszcze naiwnie kontynuuje to, co starsi koledzy zaczęli, mimo iż też niedługo przejdzie na inny poziom.

Album totalny. Ale też zauważyłem, że jest to album bardziej doceniany przez fanów Death Metalu, niż Black Metalu, albowiem ci preferują inne płyty Darkthrone. Poza moim ulubionym "Slotted I det Fjerne" (Zamek Tajemnic) i tytułowym trackiem, muzyka trzyma klimat i poziom, którego ani wcześniej, ani później nie udało się im powtórzyć. Często kopiowany i plagiatowany (również przez kolejne pokolenia, jak Gorgoroth), ale rzadko porównywalny. Z czasem miałem pójść dalej, ale przez długi czas była to jedyna płyta Darkthrone, jaką miałem ochotę słuchać.

5.Panzerfaust (1995)
Czas trwania: 39:03, 7 tracków
 

Po zakończeniu nieświętej trylogii wydawało się, że jest to koniec świetności grupy. I tak i nie. Zespół już nigdy nie przebił swoich klasyków w oczach fanów, ale zanim nastąpił kryzys, spłodzili płytę, która niejako jest traktowana jako czwarta część trylogii, a po latach jest wręcz nieraz uważana przez wielu za najlepszą płytę grupy.

Sam tytuł płyty na pierwszy rzut oka budzi u mnie skojarzenia z Mardukiem, ale powstał jakieś 3 lata przed "Panzer Division Marduk". Na ten album ponownie jeden z tekstów został napisany przez Varga Vikernesa. Grafika płyty była też dosłownie przeciwieństwem ostatnich płyt, gdyż przedstawiała czarną postać na białym tle.

Stylistycznie, zespół miał już dość grania Black Metalu, ponieważ wszyscy zaczęli kopiować ich styl. To i też grupa wpadła na genialny pomysł, aby stworzyć tribute do klasyków Black Metalu, czyli Celtic Frost, Bathory, Venom. I co ciekawe, tak też przebiega sekwencja płyty. Otóż album składa się ze strony A i B, i obie strony dosłownie mają pierwszą piosenkę w stylu CF, drugą inspirowaną Quorthonem i trzecią Venomem. Plus jedna dziwna piosenka w starym stylu Darkthrone.

Po raz pierwszy zespół niejako poszedł pod prąd, gdyż zamiast odcinać kupony od sławy, zapragnęli robić to, co im w duszy grało. Docenili to słuchacze i doceniłem to też ja. Początkowo chciałem mieć w swej kolekcji tylko okres do IV-tej płyty DT. Ale ostatecznie skusiłem się na ten album, po czym skusiłem się jeszcze na kilka innych i stwierdziłem, że „pierdolę, będę mieć całą dyskografię”. Tak też więc "Panzerfaust" odniósł swój skutek.

NEXT: Upadek

Komentarze