Anatomia USA: Ghoul
Zespół jest projektem poboczny Impaled, hołdem złożonym zarówno starym horrorom i komiksom z lat '50 XX wieku, jak i tradycji Shock Rock'a, zapoczątkowanego przez jedynego w swoim rodzaju Alice Cooper'a. Jak to nieraz bywa, projekt ten przewyższa jakościowo macierzystą kapelę.
Ghoul był jednym z kluczowym tworów nieodżałowanej wytwórni Razorback (ich katalog przejęty m. in. przez CDN i Tankcrime, itd.), obok Lord Gore, Frightmare, F.K.Ü., Coffins, Hooded Menace (!), Machetazo, Engorged i stanowili pewną wizytówkę firmy.
Bowiem każda z tych nazw prezentowała podobną formułę grania - za fundament służyło stare Autopsy z okresu "Mental Funeral" (w tamtych czasach nieco zapomniane, śmiem twierdzic, że to właśnie Razorback przyczynił się do renesansu zainteresowania tą legendarną kapelą), czyli przyjemnie grobowy Doom Metal. Jako drugi ważny składnik, do kotła został wrzucony Goregrind ala Carcass, który sprawiał, że danie przyjemnie bulgotało. A jako przyprawy, ubarwiano to wszystko Death / Thrash / Crossover'em, w proporcjach zależnych od konkretnego zespołu. I ta receptura doskonale się sprawdziła, gdyż popularność tej marki w podziemiu była niezaprzeczalna.
Grupa wymyśliła swoją własną mitologię, jak fikcyjny kraj pochodzenia, który nazwali, jakże uroczo, Creepsylvanią. Każda z ich płyt to inna historia, opowiedziana w tekstach, gdzie przewijają się różne postacie i stali bohaterowie. Sam zespół przedstawia się jako nieświęte, rodzeństwo powstałe z kazirodztwa, odrzucone przez społeczeństwo i buszujące po cmentarzu. Wiadomo, "poważni" i "dojrzali" ludzie prychną na to z absmakiem i będą preferować słuchanie Brutalnego Tech Death o ćwiartowaniu kobiet na małe kosteczki masła - tym zapewne przypadnie bardziej do gustu debiut Ghoul "We Came for the Dead!!!" (2002).
I nie powiem, sam za dzieciaka lubiłem bardziej właśnie takie kreskówkowe, kolorowe produkty, jakie grupy podobne do Ghoul mi proponowały. Nie można jednak odmówić Panom talentu, zwłaszcza na ich trzeciej płycie z 2006 r., gdzie zainspirowani ówczesną modą na Neo Thrash, postanowili stworzyć jego własną inspirację, czyli tytułowy "Splatterthrash". Jako, że jak wspomniałem wcześniej, mamy odniesienia do starych filmów, to i ścieżka dźwiękowa musi być adekwatna i w miarę zbliżona do oryginału. Innymi słowy, poza standardowym zestawem instrumentarium (Gitara, Bas, Perka), pojawiają się takie egzotyczne eksponaty, jak: Elektryczne Organy, Theremin, Didgeridoo (aborygeńskie dudy). Pojawia się też obowiązkowo Surf Rock.
Urozmaica to nieco materiał, który w innym wypadku byłby typową Goregrindową jazdą, jakich wiele. "Rise, Killbot, Rise!!!" jest wyraźną próbą stworzenia czegoś na wzór epickich finałów na płytach Gwar (Cardinal Synn anyone?), a "Merde" przywodzi mi na myśl z kolei zespół Brujeria. Odniesień zapewne jest więcej i każdy sobie sam dopowie z czym mu się co kojarzy. Przy tym wszystkim, jest to niezaprzeczalnie klimat Ghoul, który jest nie do podrobienia.
Puśćcie sobie jakiś stary film, jak może np. "Sklepik z horrorami" (1960), rozsiądźcie się wygodnie i wypijcie sobie jakiś krwisty wywar.
Komentarze
Prześlij komentarz