Anatomia USA: Morbid Angel VI

 

 (10+ years old text)

❏*666*❏*666*❏*666*❏*666*❏*666*❏*666*❏*666*❏*666*❏*666*❏*666*❏*666*❏

F ORMULAS FATAL TO THE FLESH

VERSION FOR ENGLISH SPEAKERS  

Kultowy album wśród koneserów i prawdziwych znawców sztuki śmierci. Zespół nie tylko wrócił do początków, ale wzbogacił też muzykę o nowe pomysły i eksperymenty. Mimo to, można stwierdzić, że zespół nieco stracił na swej posępności, na rzecz brutalności.

Pierwszy album z niedocenionym wokalistą, Steve'm Tucker'em. Postać ta, będąc ówcześnie mało zasłużoną i znaną, wzbudziła początkowe kontrowersje ("a dlaczego akurat on"?). Talent Tucker'a jednak udowodnił, że zespół nie jest skoncentrowany na posiadaniu charyzmatycznych gwiazd, a na graniu ambitnej muzyki. Dopiero teraz tak naprawdę, Morbid Angel zszedł do podziemia.

Z klimatu i historycznego punktu widzenia, porównałbym ten album do "Altars", ale muzycznie jest to bardziej kontynuacja z okresu "Covenant". A tak naprawdę to jest to nieco nostalgiczna podróż Trey'a do tzw. "korzeni" Morbidów. Jest to widoczne w ostatnich utworach, które cofają się coraz bardziej w czasie, aż do 1983 roku. Mamy więc wymieszanie starego z nowym.

Jest to poniekąd koncept album, gdyż mamy przewodni motyw filozoficzny, odnoszący się do starożytnych bóstw i podróży w nieznane. Płyta jest iście wizjonerska i w niektórych momentach adekwatnie abstrakcyjna. Okładka zrobiona przez jakiegoś kubańczyka (opcja wybrana przez Sandovala?), podobnie jak "Blessed Are The Sick", została użyta na zasadzie licencji.

Płyta była promowana jako korzenie black metalu (Digby Pearson pisał o tym na swoim blogu - ASK EARACHE - nowy przypis edyt.), ze względu na to, że dla wielu blackowców z Norwegii Morbid Angel był jedną z największych inspiracji (co słychać choćby na płycie Immortala „Blizzard Beasts”). Warto zaznaczyć, że w czasie wydania tego albumu, Death Metal utracił na popularności na rzecz owego gatunku.

Z ciekawostek można powiedzieć, że jeden z najbardziej chujowych polskich zespołów ekstremalnych zerżnął styl tej płyty w 100%. Nieprzypadkowo zresztą, gdyż frontman nawet się do tego przyznał. (podejrzewam, że chodziło mi o Behemotha - do dzisiaj jestem strasznie cięty na nich, dodałbym tylko, że również zgapili wszystko od "Black to the Blind" Vader, jak i symbolikę i treść Acheron, nie mówiąc o oczywistym okradaniu Nile, ale o tym wszyscy wiedzą - nowy przypis edyt.)

Oprócz tego istniała edycja z bonusowym cd „Love of Lava” zawierającym same solówki z tej płyty, zarówno te wykorzystane, jak i odrzucone. Istna gratka dla fana!

Heaving Earth – mocny początek. Walcowate riffy, perkusja jeszcze szybsza niż do tej pory i bardziej nachalny wokal, jednocześnie głębszy. Standardowy numer Death Metalowy, z szybką melorecytacją. Później utwór niespodziewanie zwalnia i nieco zmienia klimat, nabierając duszy. Solówka dodaje dodatkowego smaku. Zakończenie jest powrotem do początku. Ogólnie dobre rozpoczęcie.

Prayer of Hatred – kolejny standard, tym razem w stylu płyty "Blessed Are The Sick". Jak można grać szybko, a jednocześnie brzmieć mułowato, powolnie? Pośpieszne wersy łączą się z apokaliptycznymi refrenami. Utwór jest nieco bardziej ponury od poprzedniego. Ten utwór również zawiera moment przemiany, nie jest ona zaskakująca i wydaje się bardziej konsekwencją, rozwinięciem tematu. Solówka jest tu bardziej tłem i nie wybija się specjalnie na wierzch. Mimo wszystko, ciekawe jest obserwowanie progresji utworu z szybkiego numeru, na bardziej refleksyjny.

Bil Ur-Sag – jeden z bardziej znanych utworów na płycie, dość często grany na koncertach (również z Vincentem). Mimo prostoty, aranżacja jest dość efektywna. Utwór jest krótki i troszeczkę mniej rozbudowany. Ponownie dominuje klimat apokalipsy, zniszczenia. Tytułowa postać pojawia się w książeczce jako posąg.

Nothing is Not – mój personalny faworyt. Utwór zdecydowanie wolniejszy i bardziej melancholiczny od reszty. Tempo jest raczej wolno-średnie. Mało zmian, ale ponownie, bardzo efektowne wykonanie, uderzające w duszę. Co wyróżnia ten track, to bardzo bujający riff, niemalże idealny do pogowania? Jest tu też jedna z moich ulubionych solówek (naprawdę warto zwrócić na nią uwagę, pojawia się równo w połowie utworu - nowy przypis edyt.). Utwór jest smutny, ale również niesie ze sobą filozoficzne przesłanie, które można przeczytać w tekście. Jest to swoiste nabranie oddechu, ponieważ następny jest…

Chambers of Dis – tu mamy z kolei kompletną rozpierduchę. Skomasowany atak gitary i perkusji tworzą coś bardziej w stylu Hate Eternal. Mamy dość konkretny chaos, wymieszany z dość klarownymi elementami. Trudno jest odmówić Trey’owi efektywności, zważywszy na to, że każdy utwór ma charakterystyczny motyw, melodię. Utwór ten poniekąd wieńczy koniec pierwszej część albumu, czyli nowsze kompozycje.

Disturbance in the Great Slumber – dość posępne interludium. Chyba robione w midi, ale robi wrażenie. Szkoda, że Morbid Angel nigdy nie zrobił soundtracku do jakiegoś filmu Lovecrafta.

Umulamahri – podobnie jak “Nothing is Not”, utwór jest jednym z tych wolniejszych, choć może to być efekt wywołany głównym riffem i rozwija się dużo bardziej stopniowo i dłużej. Utwór ten jest pomostem, między nowym a starym. Końcowa solówka bardzo miło się ciągnie. Podejrzewam, choć nigdzie nie znalazłem, że może zawierać stare, niewykorzystane riffy i melodie.

Hellspawn: The Rebirth – pierwszy utwór będący jawnym powrotem do przeszłości. Remake starego utworu, jeszcze z czasów “Abominations”. Podobnie jak Chambers of Dis, mamy szybki i brutalny atak na zmysły. Ta wersja nie różni się specjalnie od oryginału, poza tym, że brzmi bardziej chaotycznie, szybciej, brutalniej, mniej melodyczniej od oryginału.

Covenant of Death – kolejny odgrzebany utwór z archiwum, ale jakże pasujący do płyty. Słychać nieco stare klimaty i utwór ewidentnie ma stylistykę “Altars of Madness”, a właściwie dalej, bo riffy sięgają roku 1986, a konkretniej, starszej wersji "Bleed For the Devil" z prób.

Hymn to a Gas Giant – jeden z powodów, dla których przekonałem się do tego zespołu i dowód na pewien stopień wrażliwości i uduchowienia. Ta w pełni instrumentalna miniaturka przywodzi mi na myśl najlepsze brazylijskie zespoły Metalowe, jak Mutilator, Chakal, itp. (Cogumelo Records FOREVER - nowy przypis edyt.)

Invocation of the Continual One – wcześniej znany jako “Morbid Angel”, utwór ten posiadał riffy wykorzystane w “Immortal Rites”. Ponieważ były one już raz użyte, to Trey je lekko przekształcił i urozmaicił, ale wciąż słychać podobieństwa. Również jeden z dłuższych utworów, prawie 10 minut. Jest to niewątpliwie muzyczna odyseja z powracającymi motywami. Warto też wspomnieć, że wokalami w tym utworze zajął się sam Trey. Jest to też bardzo piękne zakończenie płyty, gdyż dalej mamy standardowo dziwne wstawki instrumentalne.

Ascent Through the Spheres – bardzo uroczy i nawet długi utworek instrumentalny. Dużo bardziej pasowałby wcześniej na płycie, ale rozumiem, dlaczego zespół tak zrobił. Niestety bardzo wielu “fanów” (w dużym cudzysłowu) nie lubi takich małych wstawek. Idioci (nie zmieniam zdania - nowy przypis edyt.).

Hymnos Rituales De Guerra – perkusyjny instrumental w stylu plemiennym zrobiony przez Sandovala.  Wtedy popularne było "Roots" Sepultury. Mimo, iż jest to sama perkusja, można odnaleźć melodię. Bardzo fajna wstawka, ale rodzi to pytanie, dlaczego akurat Morbid Angel, miał tego typu ciągoty do dziwactw?

Trooper – bardzo dziwny instrumental, pasujący jak najbardziej jako outro. Również i tu mamy wyraźną melodię. Tym dosyć nietypowym akcentem, kończymy wyjątkowy album, wyjątkowego zespołu.

Świeżość materiału: Do Umulamahri włącznie – premierowe. Ostatnie 3 – starocie, okres 1984-1986. Płyta nieco nostalgiczna, ocena: 60%. Trey delikatnie mówiąc, zdominował ten album, gdzie poprzednio to Vincent był tym „dominatorem”, plus 2 instrumentale autorstwa Sandovala.


Komentarze