DECONSTRUCTING / DEBUNKING: KINDERMETAL

THE TRANSLATED VERSION - CLICK HERE.

PRO-TIP: REKOMENDOWANE DO CZYTANIA NA WIECZÓR,  Z JAKIMŚ NAPITKIEM (NP. KAWĄ, JAK NIE MASZ, NIC NIE SZKODZI, WRÓĆ JAK BĘDZIESZ MIAŁ)

Dzisiejszy post, to będzie luźna gawęda - jak ktoś tego nie lubi, nie polecam. Będę nieco skakać między wątkami i wchodzić w dygresję od dygresji. Nie będzie to łatwy tekst do czytania. Tematyka jest ogólnospołeczna i wspominkowa. Ocenę, na ile jest to wartościowy tekst, pozostawiam czytelnikowi.

--------------------------------------------------------------------------------------- 

Każde pokolenie ma własny czas, jak i też chce zmienić świat. Każde pokolenie odejdzie w cień, choć wydaje się, że nie... Te słowa mądrości ludowej oznaczają mniej więcej tyle, że każdy z nas, dorastał w innych czasach, więc ma inną miarę oceny. W latach '80 byli Punki kontra Metale. W latach '90 Grunge vs reszta świata. A lata '00? Kindermetale vs Prawilniacy. Skupię się na tym ostatnim, bo to jest moja epoka. Dużo słuchałem przez lata wysrywów dziadersów, teraz moja kolej, aby przydziadować. Koniec tego dobrego.

Miałem to nieszczęście, że zaznałem dobrodziejstw gimbazy, a przez to mogłem dołożyć swoją własną cegiełkę do jego rosnącej patologii. Choć subkultura hip-hopowa na dobre zaraziła syfem całą Polskę i stała się mainstreamem, to wbrew pozorom, nie było to takie widoczne, jak się chodziło do szkoły. Drechów nikt nie szanował, poza blacharami (ale one do każdego lgnęły) i każdy się z nich śmiał i nazywał ich w sposób niepoprawny politycznie, który nie mogę przytoczyć. W każdym bądź razie, choć muzyka była mega popularna, to nikt nie chciał się identyfikować z blokowiskami (sorry Rychu Peja, ale nie było szacunku dla ludzi ulicy).

Poza nimi, największymi zakałami, a co za tym idzie, równie liczną grupą, byli Metale (faceci) i Gotki (maniury). To bardzo znamienne rozróżnienie. Małżeństwa, które powstały w wyniku tego melanżu mogą to potwierdzić. Wśród Metali, były wyodrębnione dwie grupki: tzw. Kindermetale (Iron Maiden, Metallica, Megadeth, Blind Guardian, Nightwish, Manowar, Helloween) i my, Prawilniacy (Marduk, Immortal, Satyricon, Gorgoroth, Deicide, Cannibal Corpse, Slayer, Sepultura - swoją drogą, nikt nie lubił Anthrax i tutaj akurat panowała zgoda, że to straszne gówno jest - zauważcie też, jak bardzo Black Metal zdominował temat - bez niego, nie byłoby tak silnych podziałów). Co śmieszniejsze, obie strony lubiły "pozerskie" zespoły jak: Faith No More, Pantera, Korn, Slipknot, Deftones, System of a Down, tak więc de facto, wszyscy byliśmy tak naprawdę pozerami, tylko sobie nie zdawaliśmy z tego sprawy. Cała ta walka o Metalową kulturę, jak się nam to wtedy zdawało, była po nic.

Anyway. To, co cechowało ówczesnego Kindermetala (poza rekreacyjnym podejściem do muzyki, a ta przecież, jak widzicie po tym blogu, jest najważniejszą wartością na świecie), to ich uwielbienie do Iron Maiden, daleko przekraczające fanboizm, a wkraczające w rejony otaku (klik w plik). Kręciliśmy sobie bekę, że pewnie mają w domu też szczoteczki do zębów, jak i do klozetu w barwach Ajronów. Wyobraźcie sobie typa, który codziennie chodzi do szkoły w innej koszulce Iron Maiden. I nie jest to koszulka z okładką płyty, ale tzw. custom design, czyli koszulka, gdzie Eddie jest piłkarzem Manchesteru United, albo grafika wzięta z jakiegoś plakatu promującego trasę koncertową, lub singla, a także Eddie jako kowboj / samuraj / pilot / pomoc domowa. Moim ulubionym był Eddie w Sombrero (ay carramba). Taki typ, potrafił przez cały miesiąc chodzić dzień w dzień w innej koszuli, bez powtórzeń. Te dzieciaki, nie miały też długich włosów, wyglądały bardzo normalnie. No nie trafiłaby was kurwica?

Po drugiej stronie, byliśmy my, ci też śmierdzący Metale, ale nie udający czyściochów. Duża w tym zasługa naszych kuzynów, którzy byli bardzo podobni do naszego kochanego jutubera, Marii Konopnickiej (może dlatego tak go lubię, bo mi przypomina mojego wesołego wujka świra, który zaraził mnie szajbą), a którzy dbali o naszą edukację. To od nich przesłuchałem wszystkie klasyki począwszy od Led Zeppelin, Pink Floyd, Deep Purple, Black Sabbath, a na Ajronach skończywszy, a jednocześnie mieliśmy też wgląd w kasety z pierwszej fali Black Metalu *. I tu muszę przyznać uczciwie, że te bardziej ekstremalne, niegrzeczne rzeczy, przemawiały do mnie dużo bardziej, niż przepiękne kompozycje. Będąc młodym, kładzie się większy nacisk na filozofię, niż na samą miodność muzyki. Można grać najlepsze rzeczy na świecie, ale jeśli się one kłócą z ideami, to takie grupy będą wyrzucone do kosza, lub w najlepszym przypadku, ignorowane. Głupie? Tak, ale młodość rządzi się własnymi prawami.

Myślę, że się domyślacie, w jakim kierunku zmierzam. O ile twórczość klasyków miałem w jednym palcu, jednocześnie chciałem iść do przodu i nie zatrzymywać się w przeszłości. Druga sprawa, przez to, że tak bardzo dobrze znałem ich twórczość, nie traktowałem ich jako coś, co wypadałoby mieć w swojej kolekcji, człowiek chciał mieć własne klasyki. A już na pewno nie były one priorytetowe, bo co do zasady, wolałem iść w nieznane, niż oklepane. I tutaj też dochodzimy do pewnego clou tej historii. Bo nawet jeśli chciałem mieć ich płyty, miałem pewien niesmak, gdyż źle mi się dane zespoły kojarzyły.

Do dzisiaj pamiętam taką sytuację, gdy będąc w Metalowym podziemiu w krakowskim Empiku (w tamtych czasach jak się chciało kupić Metalową płytę, to szło się na rynek, tam był Empik, i on tam miał specjalne piętro poniżej mainstreamu muzycznego, gdzie trzeba było schodzić po schodkach. Gdybym ja miał wtedy, w wieku 14 lat, stałą pracę, to bym teraz nie musiał polować na allegro, bo wybór płyt był gigantyczny - kilka(dziesiąt?) tysięcy unikatowych tytułów, w tym bootlegi. W każdym bądź razie, czymś częstym była taka sytuacja, gdzie do naszego gniazdka Metalu schodzili normalni ludzie i brali płyty dziaderskich zespołów. Wisienką na torcie było, jak pewnego razu (a bywałem tam codziennie, tylko po to aby sobie pooglądać **), gdzie gromada dzieciaków (tak powiedzmy, w wieku 9-12  lat) wparowała, zabrała parę płyt Mejdenów (w tym kompilację "Edward the Great" i grę "Ed Hunter") i równie szybko, jak huragan, wybyła z tego przybytku, śmiejąc się przy tym, jak małe cherubinki kradnące czekoladę ze schowka. I taki widok był czymś codziennym. Nie miejcie więc do mnie pretensji, że Iron Maiden kojarzył mi się z dziećmi, tak samo zresztą, jak Kiss mi się cały czas kojarzy.

Ale o ile do dzisiaj gardzę Kiss i nigdy ich nie polubię, o tyle, postanowiłem naprawić ostatnio błąd młodości i wreszcie kupić sobie dyskografię Iron Maiden. Dowód zbrodni tutaj. Chyba los mnie lubi, bo udało mi się dopaść to dość tanio. A gdy puściłem sobie na wieży, po tylu latach, "Remember Tomorrow" na fulla, to aż się rozpłakałem (na szczęście nikt tego nie widział, poza moim pieskiem). Co natomiast jest ciekawe i to też jest mądra uwaga - lepiej jest robić sobie długą przerwę i wracać do danej płyty po latach, niż słuchać jej regularnie. Bo gdybym słuchał tego regularnie, nie miałoby to takiej siły rażenia, jak to, że przypomniałem sobie tą muzykę po tak długiej przerwie. Niestety, ale chyba wpadłem w drugą skrajność, bo dostałem wręcz pierdolca na punkcie Iron Maiden ostatnio (duża w tym też zasługa częstego słuchania takich staroci jak Sarcofagus, Oz, Tank, Ostrogoth, jak słowo daję, na starość coraz bardziej się cofam w rozwoju) i to już tak naprawdę hardkorowo, bo chyba dla odmiany, sam zostanę otaku i sobie pokupie różnorakie DVD, książki i zestaw koszulek. Muszę to jakoś opanować, ale jeśli zacznę codziennie pisać o Iron Maiden, to tylko dlatego, że tłumiłem to w sobie przez bardzo długi czas. Jednocześnie, jestem ciekaw, ilu z tych dzieciaków, co to tak bardzo WTEDY jarali się melodyjnym Metalem, dzisiaj słucha Zenka Martyniuka, wyłysiało *** i generalnie się wykruszyło.

Kończąc wątek o Ajronach, odrobina prywaty. Pierwsza ich płyta, jaką przesłuchałem od deski do deski, to było "The X Factor" (wina wujka, który mi to dał do przesłuchania, chyba nie chciał pożyczać nic innego ****), którą do dzisiaj darzę ogromnym sentymentem. Moim ulubionym albumem natomiast jest "Brave New World", choć wahałem się między nim a "Dance of Death". Dlaczego? Bo to były płyty dla mojego pokolenia, to na nich się wychowaliśmy - to też jest wielkie w Irons, że w każdej dekadzie byli młodzi fani, którzy odkrywali tą muzykę dla siebie. Teledysk do "The Wicker Man" mogłem spotkać normalnie na MTV po szkole i to właśnie on był tym zapalnikiem dla mnie. "No More Lies" zaś dopełniło paktu. Zastanawiam się też, czy nie warto byłoby zrobić posta o trudnych latach '90 dla Ajronów, bo to był okres kiedy powstawały płyty szeroko nielubiane przez ludzi, począwszy od wspaniałego "No Prayer For the Dying", do niedocenionego "Virtual XI" (oho, Ajrenoza zaczyna się mi pogarszać).

To było o Iron Maiden. A teraz będzie o Metallice, tylko grubiej. Metallica, będąc amerykańskim zespołem, była łatwiejsza w odbiorze niż konserwatywny Iron Maiden, bo była ona dostosowana do każdego (taka prawda). Chujowa perkusja Lars'a Ulricha ***** mnie nie zrażała, choć wszyscy się z niego śmialiśmy, bo i słusznie. Metallica była bardziej poważana, bo to już był jednak mimo wszystko Thrash Metal, a ja sam byłem wtedy Thrasherem. No i też mimo wszystko ich utwory, były dużo bardziej ikoniczne (tak mi się wtedy wydawało). Z perspektywy czasu Iron > Metallica, zwłaszcza że do tej drugiej niespecjalnie chce mi się wracać, a ich ostatnią dobrą płytą, choć przypadkowo, było "Death Magnetic", a sam zespół  zbyt dużo czasu zajmował się antagonizowaniem fanów, zamiast robieniem konkretnego wygaru. Jakże jest to odmienne podejście, gdzie Maidens skromnie i uczciwie tworzyli to, co było zgodne z ich stylem, gdzie Metallica się szybko nudziła i goniła bezowocnie króliczka. Swoją drogą, jak już tak się uzewnętrzniam, dziwię się, że Wiedźmin i  Behemoth odnieśli taki sukces, patrząc na to, jak jankesi podchodzą do wszystkiego, co europejskie. To nie są najlepsi reprezentanci Polski, ale chyba najlepiej wypromowani. Dobre i tyle.

Ale koniec wyzłośliwiania się. Generalnie, prawilniaki patrzyli przychylniejszym okiem na Metallicę, mimo ich późniejszej komercji (to też ciekawy przykład hipokryzji, bo Ironi nigdy się nie sprzeniewierzyli w taki sposób). Wciąż jednak dużym tabu było kupowanie ich płyt. Podejrzewam, że o ile nie byłoby problemu z wytłumaczeniem się z posiadania Manowar, Iced Earth, tak Metallica wzbudzała zrozumiałą konsternację na zasadzie "po co wspierać tych miliarderów, którzy srają na Metal"?

Miałem Slayer, Sepulturę, Exodus, a nie mieć Metallicę? Kij z Megadeth, do dzisiaj ich nie mam (korekta edytorska - już mam, tekst pisałem w lutym i wahałem się z publikowaniem go), choć możliwe, że to się zmieni z czasem (tia - przypis edyt.), już dziwniejsze rzeczy się działy w moim życiu, ale to też dużo zależy od re-edycji - jedne zespoły mają wszystko gładko i łatwo podane na tacy, a inni to są drogą przez piekło. Ostrzegałem, że będą dygresje, ale wracamy do mięcha.

Generalnie bardzo długo się wzbraniałem przed kupnem Metalowej licy. Sam zespół znałem, już mając 6 lat. W Metal wkręciłem się w wieku 12 lat. To przy tym wszystkim, kupiłem Metallicę dopiero w wieku 19 lat. Moim pierwszym zakupem było "Ride the Lightning", które to do dzisiaj zresztą lubię najbardziej. Tego samego dnia miałem jeszcze "spotkanie z kolegami", więc myślałem, że szybko to załatwię i się nieco pomyliłem.

Pierwszy problem się pojawił jak koledzy wyciągnęli flachę (gdzie i tak już piliśmy piwo). Koledzy (swoją drogą mieliśmy mega kujońskie ksywy, jak Troll, Goblin; ja oczywiście zawsze byłem Mutantem) się oczywiście pytali "a co to ja tam niby kupiłem sobie". Skłamałem, że jakąś tam artystkę Pop, bo nie miałem ochoty się spowiadać z niczego. Paradoksalnie, bardziej akceptowalne byłoby kupienie Britney Spears, niż Metallicę, bo nie chodziło tyle o czystość gatunkową, a o szczerość. Jak grasz Metal, to graj Metal, a nie rurki z kremem. I nie nazywaj tego Metalem, jak to nim nie jest. Oczywiście, później się to wydało i miałem mnóstwo suszenia głowy, że jest to niegodne mojej reputacji (trochę się to zgadzało, eh). Największym problemem było w sumie to, że wspieram zespół, który zwalcza Metal i tutaj też, trudno się z tym kłócić - Iron Maiden nigdy nie walczyło z Metalem tak, jak robiła to Metallica. Skończyło się prawie dobrze, bo jeszcze jakieś menele nas zaczepiały, więc należało gdzieś schować płyty, żeby nikt ich nie podeptał, a potem pomóc kolegom wyprosić menelów z zamkniętej imprezy. Następnego dnia był też egzamin końcowy w Technikum, to już w ogóle był pełen kombos ****** (ale wszystko się skończyło dobrze).

Dość szybko uzupełniłem dyskografię Metallicy, ale też trzeba przyznać, że to był koniec pewnej epoki, bo subkultury z dnia na dzień umarły, ludzie przeszli na mp3, a potem na judupa i spotifaja. Ja sam na kilka lat przestawałem kupować płyty. Cała ta otoczka przestała mieć znaczenie i gust muzyczny stał się globalny i przestał ograniczać się tylko i wyłącznie do Metalu. Jeszcze przez jakiś czas byłem ostatnim Mohikaninem, ale jak zauważyłem, że ze ściętymi włosami przyciągam więcej panienek, to też się sprzedałem, choć uczciwie mówiąc, byłem uparty i długo to trwało.

Gdzieś jednak w mojej podświadomości miałem (i wciąż mam) wyraźny podział między Metalem i Hard Rockiem. I przy całej mojej miłości do Iron Maiden, są oni u mnie w koszyczku "Hard Rock" wraz z wymienionymi wcześniej kapelami, plus Nazareth, Whitesnake, Riot, niemalże na równi z Soundgarden i Alice In Chains. Nie uważam, aby to było sprawiedliwe, ale pewnych barier psychologicznych nie przeskoczysz. Jeśli coś ci się ubzdura za młodu, to z wiekiem będzie się to tylko pogłębiać. 

Po co to wszystko opowiadam? Jaki w ogóle był cel tego niezdrowego wywodu? Dydaktyczny - nie ma sensu udawać hardkora i być na siłę zawsze prawilnym. Zauważyłem, że tym chętniej wracam do Metalu, jak czasami od niego odstępuję. Czasami, aby zrozumieć, dlaczego tak bardzo się kocha Metal, warto nieco pobłądzić. I to tyle. Można więc powiedzieć, że była to wysublimowana reklama cyklu Beyond Metal (aczkolwiek on akurat nie potrzebuje reklamy, no ale cóż).

-----------------------

PRZYPISY 

* Czyli norweskiej fali. Nie było czegoś takiego jak pierwsza fala Black Metalu w latach '80 i to jest retroaktywne określenie, które ma na celu wytłumaczyć fenomen pojawienia się satanistycznych kapel na świecie niemalże jednocześnie, czyli Venom, Bathory, Mercyful Fate, wczesny Slayer itp. itd. Nie była to jednak żadna fala, gdyż żadna z tych grup nie nazywała siebie Black Metalem, ani też się z nim nie identyfikowała. Dali jednak podwaliny pod przyszłą scenę, z bardzo prozaicznego powodu - przyszli Black Metalowcy kochali ich i słuchali nałogowo, więc później, jak mieli własne zespoły, po prostu replikowali ten klimat. To jest coś, co zawsze mnie irytuje, wiec postanowiłem to wspomnieć. Natomiast, wiele z tych pierwszych norweskich kaset na licencji były z logiem Morbid Noizz. I co ciekawsze, współwłaściciel tej wytwórni później porzucił Metal na rzecz rapu i odkrył Peję i Tedego. Niezbadane są wyroki Hendrixa.

** Między innymi po to, aby patrzeć, czy dana płyta wciąż jest. Mam z tym jedną historię. Pewnego razu wpadła mi w oko płyta The Mist "Gottverlassen", bo miała naklejkę "Jairo G. Ex-Sepultura". Zbierałem kasę, rozdając ulotki i pamiętam mój wkurw, gdy już wreszcie oszczędziłem 50 zł na kupno, po czym płyty już nie było. Nie jest to jednak koniec historii, gdyż kilka lat temu, po kilku dekadach, kupiłem dokładnie tą samą płytę na allegro za 45 zł, z tą samą naklejką i lekko naderwaną boczną wkładką płyty (tzw. inlay), którą poznałem od razu, bo tak wiele razy na nią patrzyłem. Sprzedawcą, była babka z Krakowa (!), więc nie mam co do tego wątpliwości, że to ta sama kopia, którą mi ona, lub jej chłopak, buchnęli wtedy. Nie zagaiłem do niej potem i nie zapytałem czy kupiła tą płytę w 2006 roku, 10 października o godzinie 14:45, bo mogłaby nie wiedzieć, lub nie pamiętać. Ale jest to dobry przykład tego, że nic w przyrodzie nie ginie i że nie unikniesz przeznaczenia - jeśli coś ma do ciebie trafić, trafi, nawet jeśli droga będzie pokrętna. Płyta była w doskonałym stanie, widać, że nie słuchała jej wcale.

*** dla łysych - jedynym ratunkiem dla was jest żółtko z jajka na głowę zamiast szamponu, wcierać i masować. Włosy gęstnieją od jajka i się naprawiają - dowód naukowy. I właśnie za takie info powinniście tutaj często zaglądać.

****  Oto, jak wyglądało pożyczanie płyt od wujka - mając jakoś tak 10/11 lat (może więcej) pytam się swego wujaszka, czy by mi nie pożyczył czegoś Iron Maiden. Wujek tak się patrzy, przegląda swoją kolekcję, wodzi palcami i zatrzymuje się nerwowo na "Number of the Beast". Waha się, ale myśli sobie "jednak nie". Idzie dalej, a może "Piece of Mind"? Również nie. Tak się głowi i głowi i daje mi "X Factor" na zasadzie, że jak mu zepsuję, to nie będzie tego żałował, ani też miał z tego tytułu pretensje (może po cichu tego oczekiwał) więc mi to dał, żebym sobie posłuchał. Ja się zakochałem od razu i oczy mi się świeciły. Oddałem mu po miesiącu słuchania prawie że non-stop w doskonałym stanie (pamiętajcie dziatki, płyta tworzy najwięcej rys, jak się ją przewija), po czym wujek się mnie pytał, czy ja ją w ogóle przesłuchałem, bo nie wyglądała na przesłuchaną. Ucieszyłem się, gdy już miałem internet i nie musiałem nic więcej od niego pożyczać.

***** Kilka słów o sekretach perkusistów. Bardzo popularne swego czasu były pad-y (głównie lata '90, sam Sandoval z nich nieraz korzystał, na zasadzie "korekty"), które polegały na tym, że się w nie klikało jak w klawiaturę i one miały wgrane sample, przez co łatwo było "zaprogramować" perkusję wedle życzenia. Owszem, perkusiści tworzyli to tak, jakby nagrywali na żywo z czysto praktycznych pobudek (autentyczność), ale to wciąż było spore ułatwienie. Lars Ulrich jednak był zbyt kiepski na takie rozwiązanie. Nie jest tajemnicą, że wiele starych, klasycznych płyt Metalowych z pierwszej połowy lat '80 były potem poprawiane studyjnie. Słynna sprawa "Show No Mercy" Slayer'a, gdzie 80% post-produkcji polegała na edytowaniu perkusji Lombardo w taki sposób, żeby była ona równa (źródło - Metal Hammer). A że nie było wtedy Pro-Tools, to trwało to długo. Dave później się poprawił i nie trzeba było go już potem edytować, ale tak, "Show No Mercy" ma "ciętą" perkusję. Podobnie było zresztą z "Kill 'Em All".

Dużo gorzej sprawa się miała z Lars'em. On nigdy nie umiał grać i nigdy nie był w tym dobry. Już w latach '80 on grał tak, jakby zaraz miał dostać zawału. Zauważcie jedną rzecz - Lars nie gra szybko, on po prostu z całej siły uderza w perkusje. To dobrze słychać w przypadku "One". Jest to spokojny, delikatny utwór, po czym wchodzi Lars i robi twarde "PSZ BUM JEBUDUT", jakby boksował dziewczynę, bo zupa była za słona. Lars zawsze nadrabiał braki w prędkości mocnymi uderzeniami w bębny. Dlaczego "St. Anger" ma tak głośno i ostro nakurwiające w uszy werble? A jednocześnie są one tak ślamazarne? Właśnie dlatego. 

****** mieszkałem już wtedy od dawna sam, to byłem sobie sam sterem, żeglarzem. Ale prasowanie garnituru, robienie szybkiego prania i prostego śniadania (kanapka z czymśtam) na kacu nie polecam. Powiedzmy, że całą moc intelektualną postawiłem na zdanie egzaminu.

Komentarze