Anatomia NOR: Darkthrone IV (of IX)

    

SWITCH TO ENGLISH

DRUGI OKRES – KRYZYS, CZAS BŁĘDÓW I WYPACZEŃ
1996-2001

6.Total Death (1996)

Czas trwania: 35:47, 8 tracków

Po złotym okresie grupy, gdzie zyskali sławę i szacunek, nastały lata chude. Black Metal się wypalił, jeśli chodzi o kreatywność, zaczynał być wypierany czy to przez symfoniczne pierdy typu Dimmu Borgir / Cradle of Filth, czy też Melo-Death jaki robił In Flames / At The Gates.

W tymże oto okresie, zespół po raz pierwszy miał w dupie wszystko wokół siebie. Wystarczy powiedzieć, że w tamtym czasie Panzerfaust nie był jeszcze doceniony tak, jak jest doceniany dzisiaj a i sama grupa miała też niedługo po wydaniu płyty zrobić sobie przerwę od grania, tak jakby nie widząc sensu w dalszym działaniu. W takich też oto warunkach powstał opisywany album, który tak naprawdę jest kalką Panzerfaust, tyle że bez klimatu i inspiracji.

O ile nie mam nic przeciwko tej płycie, o tyle nie zamierzam też jej specjalnie bronić. Efekt końcowy był taki, że o ile album nie przeszedł bez echa, o tyle też nie było jakiegoś entuzjazmu wśród nikogo – słuchaczy, prasy, czy też samego zespołu. Jest to przeciętniak, ale mimo wszystko taki, na jaki tylko Darkthrone może sobie pozwolić.

 

7.Goatlord (1996)

Czas trwania: 37:50, 10 tracków (Wersja Oryginalna)
Czas trwania: 42:45, 11 tracków (Re-edycja)
Czas trwania: 44:48, 11 tracków (Wersja Instrumentalna)

Przed dłuższą przerwą, grupa wypuściła jeszcze tzw. miejską legendę, czyli ich pierwotny drugi album. Wspomniałem wcześniej że Darkthrone jako kwartet nagrał dwie płyty. To jest właśnie ta druga. Wersja, która ostatecznie wyszła, poza tym, że miała dograne gitary, bardziej blackowe, oraz wokal tylko i wyłącznie Fenriza (jedyny album, gdzie nie ma Nocturno Culto na wokalu, który normalnie robi 99% wokali na płytach), zarówno męskie jak i żeńskie wokale, plus gościnnie Satyr. Wszystko po to, aby album niekoniecznie odstawał stylistycznie od reszty dyskografii.

A jaki jest efekt końcowy? Co najmniej eksperymentalny, niepasujący w żaden sposób do niczego i do nikogo. Nie do końca rozumiem, dlaczego fani nie lubią tej płyty, ponieważ mamy do czynienia z konkretnym wykurwem. Możliwe, że poniekąd przez to, że nie brakuje tutaj Death Metalu. Nie uważam jednak, aby był to słaby album, bardziej skłaniam się ku opinii, że ludzie mają zjebany słuch.

8.Ravishing Grimness (1999)

Czas trwania: 37:40, 6 tracków

Minęło kilka lat i nastąpił wielki powrót. Pierwszy album DT (przynajmniej moim zdaniem), gdzie zespół poszedł po najmniejszej linii oporu. Jestem w stanie bronić Total Death choćby w ten sposób, że zespół korzystał z dobrych wzorców. W przypadku omawianego album, grupa kserowała samą siebie. Nie ma nic gorszego od auto-plagiatu.

„Album by the numbers”, jak mawiają Amerykanie. Zero pasji, takie sobie brzmienie i poprawne utwory, bez szaleństw. Niektórzy doszukują się tego, że zespół starał się przeniknąć do mainstreamu, kroczek po kroczku, aczkolwiek wg mnie było to zmęczenie materiału. Warto też dodać, że jest to jeden z nielicznych albumów, gdzie praktycznie wszystko, poza perkusją, robił Nocturno Culto. Łącznie z tekstami, które przecież zawsze pisał Fenris. On sam natomiast miał depresję i wyjebane.

Album zawiera małą ciekawostkę. Otóż w tytułowym tracku, w pewnym momencie Nocturno Culto robi tribute do Burzum, po czym śpiewa „Teraz to mam gwarantowane miejsce w piekle” jako refren. Podoba mi się to, że mieli poczucie humoru.


 

9.Plaguewielder (2001)

Czas trwania: 42:50, 6 tracków


Kryzysu ciąg dalszy. Ponownie wszystko tutaj robi Nocturno i po raz kolejny wg teorii spiskowych, DT szedł ku komerchy, ponieważ tym razem pojawiła się kolorowa okładka. Samo logo grupy było na czerwono. Ja niestety posiadam re-edycję i szkoda, że nowa wersja nie zachowała pierwotnych zamiarów grupy.

Jest to chyba album, który analizowałem najdłużej ze wszystkich płyt i starałem się dociec co poszło nie tak? Puszczałem na okrągło i muzyka w ogóle mnie nie chwytała, gdzie przy innych płytach w najgorszym wypadku za drugim razem dopiero załapywałem. Nie tym razem. Ostatecznie doceniłem tracki 2-4, gdzie najlepszym utworem jest nr 4 „Command”. Sęk w tym, że ten utwór, choć najlepszy na płycie, byłby przeciętniakiem na innych. Po raz pierwszy jest widoczna pewna irytująca bolączka Darkthrone...

Po pierwsze, utwory się kończą uznaniowo, w sensie, że coś trwa np. 4 minuty, a spokojnie można byłoby rozwinąć temat i piosenka mogłaby trwać 2 minuty więcej. Nic z tego, grupa ucina w tym momencie i idzie dalej. Kolejna sprawa – intro / outro. Piosenka się kończy przykładowo w 5 minucie i przez następne 2 minuty jest przeciąganie dźwiękowe i sztuczne wydłużanie czasu trwania. Co ciekawe, jest to najdłuższa płyta w historii zespołu, ale jeśli odjąć bzdury, to zostaje jakieś 36 minut samej muzyki, co dla odmiany byłoby jednym z krótszych albumów. Na żadnej innej płycie ekipy nie widać tego tak wyraźnie jak tutaj. Dużo osób na tym etapie spisało DT na straty.

No i oczywiście brzmienie – jeden z głównych zarzutów wobec grupy było to, że cały czas korzystają z tego samego sprzętu, studia i brzmi to jakby robili płyty taśmowo. Także tutaj znajdujemy tego apogeum, gdyż album brzmi niemal równie sterylnie, co debiut, co jest nie lada osiągnięciem. Mimo całej tej krytyki, gdyby nagrać niektóre utwory z tej płyty jeszcze raz, a pozostałe trochę podrasować, to wyszedłby z tego całkiem epicki album. Jest jednak tak jak jest. Możliwe, że zarówno krytyka, jak i słaby odbiór sprawiły, że Fenrizowi i Culto miało odjebać i mieli w przyszłości zrobić coś kompletnie nieprzewidywalnego. Ale nie uprzedzajmy faktów.

NEXT: Zwrot akcji



Komentarze