Anatomia USA: Morbid Angel I

 

ENGLISH 

(Uwaga, odgrzebałem nieco stare  ̶w̶y̶s̶r̶y̶w̶y̶  zapiski z 2011 roku - trochę je poprawiłem. Długo się wahałem nad sensem publikowania tego, ale jest tu dużo rzadkich informacji, które szkoda, żeby przepadły)

[+][+][+][+][+][+][+][+][+][+][+][+][+][+][+][+][+][+][+][+][+][+][+][+][+][+][+][+][+][+][+][+][+][+]

A BOMINATIONS OF DESOLATION

Pierwszy album, choć później Trey nazywał Abominacje demem. Dużo tajemnicy i dużo niewiadomych rzeczy okrywa historię tej płyty. Muzycznie mamy inspirację Venomem, choć Trey się odżegnuje od porównań (tak samo również Quorthon z Bathory robił). Ile w tym prawdy nie wiadomo, bo za inspiracje podawany jest Angel Witch. Faktem jest, że już przed "oficjalnym" wydaniem miała status kultowej. Dla wielu fanów, jest to wręcz jedyna prawdziwa płyta Morbidów (swego czasu była fanowska strona, która w całości była poświęcona tylko i wyłącznie tej płycie i nawet oferowała surowy miks płyty, który zawierał również rozmówki zespołu między trackami). Skład był następujący: Mike Browning – perkusja, wokal, Trey – gitara, Rich Brunelle – druga gitara, oraz John Ortega – bas. Tylko tyle wiadomo. Przez wiele lat była fama, że bas był nagrany przez Scarborougha, co okazało się kłamstwem. Tak jak to, że album był nagrany tylko przez dwie osoby: Trey’a i Browninga. Producentem był późniejszy frontman David Vincent. Choć moim zdaniem, to powinno się uważać za producenta Billa Metoyera, bo to on później wszystko poprawiał.

Co do składu, to można powiedzieć, że Wayne Hartsell, który po tej płycie zastąpił Browninga był równie dobry, bardzo się starał, miał ciekawe pomysły, był dosyć twórczy, ale w porównaniu z Sandovalem, praktycznie każdy perkusista praktycznie wymięka. Ta płyta jest taką kroniką początków zespołu. Można zauważyć, że u nich ani jedna nuta praktycznie się nie zmarnowała, poza tym, co napisali inny muzycy (jak "Covens of the Dancer" Dallasa Ward'a, czy "Funerals" Brunelle'a). Wokół tej płyty krąży nienormalna wręcz aura. Ciężko mi się odnieść do wątków okultystycznych. Niewątpliwie, gdybym miał szansę poznać ten album wcześniej, to pewnie byłby on dla mnie równie ważny.

Bo to jest trochę tak, że jest pewien czas na pewne płyty. Tak samo jak "Antichrist" Gorgorotha i "Nemesis Divina" Satyricona, które olałem swego czasu i przez to nigdy nie będą dla mnie wyjątkowe w należyty sposób, tak samo i ten album, nawet jeśli bym go słuchał 20 razy dziennie, nie będzie miał już takiego oddziaływania, jak gdybym go poznał na innym etapie poznawania Metalu. Nie zmienia to jednak mojej przyjemności w słuchaniu tegoż dzieła, gdyż pewne rzeczy są ponadczasowe, co każdy zapewne wie.

Sama muzyka ma nieco bardziej brudniejszy i plugawszy charakter. Zespół nie jest tutaj tak szybki jak na następnych płytach i jest to bez kozery najwolniejsza płyta Morbidów, z taką typową, oldschoolowa perkusją ala Kreator. Jestem na 100% pewien, że ten album był kopiowany przez wielu znanych muzyków. Poprzez swoją tajemniczość wydaje się być najbardziej autentyczny i obskurny. Aczkolwiek, prawda jest nieco przewrotna, gdyż już wtedy Trey był perfekcjonistą i choć zespół odwalił kawał dobrej roboty, pomimo okoliczności i czasów, to Trey i tak był niezadowolony z brzmienia. Nawet jeśli brzmi to całkiem nieźle jak na podziemny zespół grający kompletnie antymodną muzykę.

Warto zauważyć liryczne różnice między Browning'iem a Trey'em. Trey szedł w kierunku okultyzmu i przede wszystkim hymnów ku czci starożytnych, podczas gdy Browning wolał frontalny atak na chrześcijanów i ogólnie religie abrachamskie. Może dlatego Trey później żałował tekstu do "Chapel of Ghouls", gdyż wszelkie obrazoburcze i bluźniercze fragmenty jak "Crush the priest" są ewidentnie autorstwa Mike'a. Jeśli chodzi o solówki, to są kompletnie nieczytelne i chaotyczne i prawdę powiedziawszy, ten stał miał tak jeszcze pozostać przez kolejne 10 lat od nagrana A.O.D. Nie wiem czy był tu podział ról jak na Altars, pewnie tak, ale za chuja nie jestem w stanie odróżnić kto kiedy gra solo. Co do basu, to po prostu sobie jest. Nie jest on tak dobry jak Dallas Ward'a (pierwszy basista MA - przypis edyt.) i prawdę powiedziawszy to jest  przeciętny, tak jak u Vincenta. Jestem nawet w stanie uwierzyć oficjalnej stronie (choć podobno to nieprawda), że wszystkie gitary są autorstwa Trey'a. Zwłaszcza, że tylko on (razem z Vincentem) byli obecni przy mixie itd. więc nigdy nie wiadomo, czy coś nie zostało skasowane, zmienione.

Dla mnie zabawne jest to, jak odbierałem tą płytę jak nie znałem zespołu, a jak odbieram ją dzisiaj. Wtedy widziałem zespół bardziej jako bandę ortodoksyjnych przejebów o klasycznym podejściu do grania Death Metalu, takich jakich jest wiele. Nie miałem pojęcia, że kolesiom bliżej z charakteru do Motley Crue, niż do Deicide. Wtedy też album wydawał mi się czymś zbyt kultowym, aby był w oficjalnym obiegu i jego swoiste oficjalne wydanie człowiek traktował jak pewien prezent, jako rarytas. Obecnie, gdy znam zaplecze historyczne tej płyty, jak i filozofię zespołu, wiem że było to wydane tylko i wyłącznie dla zysku i że zespół nie chciał mieć tak naprawdę z tym nic wspólnego. I choć większość materiału trafiła na późniejsze płyty, album ten ma coś w sobie niesamowitego.

The Invocation / Chapel of Ghouls – Po tym jakże fajnym intrze jesteśmy szybko wprowadzeni w „Chapel of Ghouls”, które w tej wersji jest dużo lepsze. Powód, dla którego został nagrany ponownie na „Altars” jest taki, że Trey wolał zakopać właśnie tą wersję w niebycie. Trzeba przyznać, że jest to perfekcyjne otwarcie płyty. Przywodzi ono na myśl „Hell Awaits” Slayer’a. Ogólnie tracklista tej płyty jest dość inteligentna, ale to można powiedzieć o każdej płycie zespołu. 

Unholy Blasphemies – dłuższa wersja o połowę od tej z „Blessed...”. Są tu również inne solówki. Nie mówiąc o tym, że całość brzmi wolniej i bardziej hipnotycznie.

Angel of Disease – wersja z „Covenant” jest o wiele lepsza, ale ona jest z kolei tribute’m dla „tego starego” MA, tudzież tej inkarnacji MA.

Azagthoth – w późniejszych wersjach słowo to jest zastąpione „Ancient Ones”. Nie jest to jednak tłumaczenie tego słowa. Bowiem „Azagthoth”, to ślepy bóg głupiec i taką też ksywę przybrał Trey.

The Gate / Lord of All Fevers
– tak, drugie intro. Dlaczego? The Gate miało otwierać drugą stronę winyla / kasety. Prawda, że zajebisty pomysł? „Lord of All Fevers” to dość żwawe i przebojowe otwarcie drugiej połowy albumu. I utwór jest nieco dłuższy i wolniejszy od wersji z „Altars”, która notabene była traktowana jako ekskluzywny bonus do wersji CD. 

Hell Spawn – utwór został ponownie nagrany dopiero na “Formulas”. Kawał czasu. No i druga wersja jest dużo bardziej brutalniejsza od tej. Ta ma niemalże Rockowy charakter. Tekst Browninga. 

Abominations – ta wersja może nie jest aż tak inna, ale oczywiście solówki się różnią. Zastanawia mnie czy Trey był w tamtym okresie powtórzyć swoje wygibasy co do nuty. 

Demon Seed - podobnie jak Hellspawn, tekst Browninga. Również jak Hellspawn, jest to szybki, wręcz punkowy utwór. Można rzec, że jest to najprostsza piosenka Aniołów. Ciekawostką jest to, że pierwotna, starsza wersja, oprócz innego refrenu, jako intro miała właśnie "The Gate". 

Welcome to Hell – tytuł utworu brzmi jak kalka Venom, dlatego później zmieniono tytuł na „Evil Spells”. Tylko to się różni, jeśli chodzi o tekst (ta wersja ma napisane przez Browning'a). W tej wersji natomiast mamy inne przejście po refrenie. Na „Altars” mamy bardziej chaos, tu mamy bardziej Rock. 

Świeżość materiału: The Invocation – nowe, później używane jako intro do „Funerals”. Chapel of GhoulsUnholy Blasphemies, Azagthoth, Hell Spawn – też stosunkowo świeże bo z początku 1986. Angel of Disease – stare, aż z 1983. The Gate – 1985 rok, używane jako intro do wczesnej wersji „Demon Seed”. Lord of All Fevers – stare, z 1984 / 1985 roku. Abominations – najświeższe z całego albumu, bo napisane specjalne na ten album. Nie znalazłem żadnej wcześniejszej wersji live. Demon Seed, Welcome to Hell – starocie, 1984 rok.

Podsumowanie: Premierowy utwór: 1. Nowsze utwory: 5. Starsze utwory: 5. Jako, że jest to tak naprawdę prawdziwy debiut, a nie demo, to można powiedzieć, że poziom świeżości materiału sięga 70%, przy czym bardzo się dziwię, że nie ma na tym albumie „Maze of Torment”, zwłaszcza, że jest to jeden ze starszych tracków MA. 

Komentarze