Anatomia NOR: Darkthrone V (of IX)

    

SWITCH TO ENGLISH

OKRES PRZEJŚCIOWY – PUNKT ZWROTNY
2002-2006

10.Hate Them (2003)

Czas trwania: 38:47, 7 tracków

Wspaniały powrót do formy. Coś musiało pęknąć wewnątrz formacji, gdyż wszystko poszło w innym kierunku, niżli by się mogło wydawać. Album ten początkowo nie był w ogóle doceniany, darto wręcz łachy, że po raz kolejny grupa zawiodła. Nic bardziej mylnego. O ile otwierający utwór ma jeszcze naleciałości poprzednika, o tyle potem dzieje się i to bardzo dużo.

Po pierwsze, powrót właściwego klimatu. Zespół znowu brzmi na wkurwionego. Po drugie, wreszcie słychać, że mamy do czynienia z weteranami, którzy z niejednego pieca chleb jedli. Do tej pory, grupa jakby cały czas starała się coś udowodnić. Tym razem, po prostu zostawili zgliszcza, ponieważ słychać, że mamy do czynienia z legendą. Słychać to w kilku utworach, które dają wygar, ale najbardziej to słychać w dwóch trackach, które notabene można uznać, za jedne z najlepszych kompozycji w historii grupy, obok „Slotted i det fjerne”, mianowicie, „Fucked Up and Ready to Die”, oraz „Divided We Stand”.

Zastanawiałem się przez jakiś czas nad tym, co może być powodem, że tak bardzo mi ten album przypadł do gustu, aż się skapnąłem, że bardzo umiejętnie wykorzystaniu na tym albumie elementy Death i Thrash. Bardzo masywne i genialne gitary tworzące ścianę dźwięku, co sprawia, że materiał lepiej wchodzi.

Tekstowo słychać, że zespół robił egzorcyzmy na sobie, oraz na krytyce fanów i że mieli już troszeczkę dość sceny i wszystkiego, co było związane ze swoim kultem. Jakby nie patrzeć, jest coś przykrego w tym, że legendy Black Metalu (nie tylko Darkthrone), po czasie odcinają się od tego co stworzyli, gdzie jednakowo, legendy Death Metalu, które porzuciły ten gatunek (jak Paradise Lost), nie tylko nie wstydzą się swojej przeszłości, ale odkrywają ją na nowo i przechodzą renesans, gdzie tworzą rzeczy, które wydawać by się mogło, są już niewykonalne na tym etapie kariery.

Przełom Hate Them / Sardonic Wrath (czyli 2003/2004) to jest też okres kiedy ja osobiście zaczynałem poznawać Black i Death Metal i pamiętam, że w tamtym okresie ciągnęła się jeszcze negatywna łatka, że z Darkthrone to już nic więcej nie będzie i wtedy byli traktowani jako kolejna legenda, która poszła się jebać. Historia, jak się miało okazać, miała zupełnie inne plany.

 

11.Sardonic Wrath (2004)

Czas trwania: 34:23, 9 tracków

Szaleństwa ciąg dalszy. Najkrótszy album w historii. Tylko 34 minuty.

To jest ten album, gdzie Darkthrone przypomniał wszystkim dlaczego są legendą. Tym albumem zamknęli gęby wszystkim tym, co na nich psioczyli. Co śmieszniejsze, była to tylko zajawka tego, co miało nastąpić dalej.

Album rozpoczyna intro, coś czego grupa nigdy nie robiła i co troszeczkę może irytować, ponieważ jak wspomniałem wcześniej, płyta jest zdecydowanie za krótka i powinna była być z 5 minut dłuższa. Mamy też tutaj bardzo dziwne tytuły jak „Szach Mat Jezusie”, „Rozkmina”, „Straightening Sharks in Heaven” (?). Już wcześniej Gorgoroth, czy Marduk szaleli z tytułami, ale i tak Darkthrone ich przebił.

Niemniej jednak, poza tym, że jest to jedna z moich ulubionych płyt grupy, która sprawia, że nazwa „Darkthrone” jest więcej niż adekwatna, która również przyczyniła się do tego, że w ogóle piszę te wypociny, to mamy tutaj do czynienia po raz ostatni z typowo Black Metalowym albumem w dyskografii grupy. I okej, zarówno ten jak i poprzedni album miał kilka elementów Hard Rock’a, ale nie są one zauważalne, a już na pewno nie w takim stopniu, jak miało to nastąpić później.

Z perspektywy czasu, większość osób darzy ten krążek sporym sentymentem i słusznie. Bardzo silny materiał, ale to nie znaczy, że chciałbym, aby zespół to powtórzył. Co to, to nie.

12.The Cult is Alive (2006)

Czas trwania: 38:52, 10 tracków

Na tym etapie zespół już kompletnie stwierdził, że nie ma sensu bawić się w "bycie prawdziwym" i że najlepiej jest nie tylko przypomnieć, kto tutaj wychował legiony fanów i nowszych grup, ale że też wciąż rozdają karty. Darkthrone nie był co prawda jedynym, który chciał robić coś innego. Gorgoroth, Mayhem, Marduk, Satyricon – każdy z nich w pewnym momencie miał okres bardziej artystyczny i uwaga, anty-Black Metalowy.

Co natomiast zrobił Darkthrone? Sprowokował ludzi wracając do korzeni Metalu ogółem. Ich niesławne NWOBHM – New Wave of Black Heavy Metal co prawda nijak się miało do Saxona, Manowar, czy Iron Maiden i dużo bardziej miało wspólnego z Motorhead / Amebix, ale po raz pierwszy od dawna było słychać swobodę i pasję z grania, jeśli wręcz nie po raz pierwszy tak autentyczną. Oczywiście, warto wspomnieć, że Impaled Nazarene ubiegł DT o jakąś prawie dekadę, ale finlandzka scena zawsze była lepsza, będąc gdzieś z boku świata.

Wracając do tematu, album ten po raz kolejny miał pecha w tym sensie, że choć sam w sobie unikatowy i uznany, to utknął między dwiema lepszymi płytami, które bardziej zapadły w pamięć ludziom. Gdyby to była ostatnia płyta Darkthrone, to pewnie doczekałaby się eseju. Ponieważ jednak grupa dalej się rozwijała, to dzisiaj jest to nieco zapomniany punkt na mapie.

NEXT: I Love Rock 'n' Roll

Komentarze