Anatomia USA: Morbid Angel III
(stara analiza sprzed 10+ lat, poprawiono błędy i powtórzenia)
cↄ cↄ cↄ cↄ cↄ cↄ cↄ cↄ cↄ cↄ cↄ cↄ cↄ cↄ cↄ cↄ cↄ cↄ cↄ cↄ cↄ cↄ cↄ cↄ cↄ cↄ cↄ cↄ cↄ cↄ cↄ cↄ cↄ cↄ
C OVENANT
Ciekawe jest dla mnie to, że ten zespół zawsze odbierałem jako czysty, 100% Death. Ale w czasie wydania tej płyty, zespół zaczął być postrzegany przez niektórych fanów jako "Thrash Metal" i to tylko dlatego, że ich klipy pojawiały się w MTV ("takie som zasady psze pana). Tak przynajmniej wynika z lektury zinów, a także starych stron fanowskich z lat '90. Oznacza to, że percepcja gatunkowa nie miała nic wspólnego z brutalnością, a relacją z podziemiem. Istny absurd z dzisiejszego punktu widzenia.
Warto dodać, że MA było (jak na rok 2012) jedynym zespołem ekstremalnym, który podpisał kontrakt z majorsami, czyli Giantem, odnogą Warner Bros, co jest niebywałym osiągnięciem, którego nikt nie odważył się powtórzyć. Producentem tej płyty był Rassmussen, odpowiedzialny za wczesne płyty Metallicy.
Bestseller. Czy są zapychacze? I tak i nie, ciężko powiedzieć. Tego albumu się nie rozkminia. Jego się po prostu łyka w całości. To co sprawia, że jest on tak dobry, to połączenie klimatu, brzmienia, z pewną lekkością całości. No i mamy też oprawę graficzną. Nie udało mi się jej rozgryźć, choć różne teorie czytałem odnośnie subtelnych nawiązań do Necronomiconu.
To niesamowite jak wokal Vincenta się zmienia z płyty na płytę. Na Altars facet miał niemal idealny satanistyczny głos. Na BATS był on bardziej gardłowy i przepity. Na Covenant jest mieszanka tego głębokiego wraz z tym skrzekliwym. Dużo lepsze rozwiązanie niż na następnej płycie, gdzie jego wokal zaczął przypominać późniejszego Maxa Cavalerę.
Rapture – kolejny hit zespołu, choć dużo bardziej chory psychicznie. Główny riff to nic innego jak riff przejścia z „Blasphemy” zagrany od tyłu. Kultowy utwór do którego powstał równie znany klip.
Pain Divine – szybko i na temat. Rozgrzewa płytę i daje czadu. Melodia z początku, to z kolei motyw z „Visions from the Dark Side” i też zagrany od tyłu.
World of Shit (The Promised Land) – jeden z wolniejszych i bardziej pojebanych utworów. Podobny w klimacie do „Lion’s Den”. Można by zaryzykować stwierdzenie, że gdyby nie tytuł, to track nadawałby się do radia.
Vengeance is Mine – ma charakter nieco przejściowy, ale wciąż trzyma wysoki fason. Utwór raczej rzadko grany na koncertach.
The Lions Den – napisany przez Vincenta, kolejny z popieprzony numer. Bardzo chciałbym usłyszeć ten utwór na żywo, ale nie jestem pewien czy oni go kiedykolwiek grali. No i nieco w klimacie „World of Shit”.
Blood on my hands – tak jak “Vengeance…”, ten też zdaje się być bardziej przejściowy, choć był wykonywany na żywo, co mnie o tyle dziwi, że uważam ten utwór za najsłabszy na płycie, choć nie znaczy to, że jest słaby w ogóle. Ot, przeciętniak.
Angel Of Disease - najbardziej wesoły song w Death Metalu? Całkiem możliwe. Po raz kolejny Anioły zdradzają fascynację nieco bardziej klasycznymi gatunkami muzyki. Gdyby można było wyciszyć wokal, to mielibyśmy dość skoczny utwór hardrockowy. Jest to oczywiście bardzo stary numer.
Sworn to the Black – legendarny utwór, który doczekał się ciekawej interpretacji przez pewien niszowy zespół. Doczekał się remiksu Laibacha wraz z „God of Emptiness"
Nar Mattaru – jedyny instrumentalny utwór, który miał za zadanie oddzielić “God of Emptiness” od reszty płyty.
God Of Emptiness - najbardziej powalona piosenka Death Metalu. Tym razem słowo "piosenka" nie jest eufemizmem, ale prawidłowo odzwierciedla treść. Można się wyśmiewać z Vincenta i jego "Bow to me", ale jest to dość złowrogi moment. Kompletnie czarny przekaz. Jest on na końcu, ponieważ MA nieco bało się reakcji fanów na ten utwór, który w zamierzeniu miał być "inny" i bardziej nadający się do promowania albumu. Ciekawe, że powstał klip do pierwszego i ostatniego utworu na płycie.
Świeżość materiału: Rapture, Pain Divine – premierowe, utylizują starsze riffy. World of Shit, Vengeance is Mine, Lion’s Den, Blood On My Hands, Sworn to the Black, God of Emptiness – czysto premierowe. Angel Of Disease – druga wersja hitu z 1983 roku.
Podsumowanie: Premierowe: 6. Przerobione starsze: 2. Starsze: 1. Instrumentali: 1 Ogólna ocena: Trey może nie napracował się aż tak bardzo, jak powinien, ale można powiedzieć, że poziom sięga 66,6% (walić instrumentala).
Komentarze
Prześlij komentarz