DECONSTRUCTING / DEBUNKING: Morbid Angel = Motley Crue?
Weźcie ze sobą termos herbaty, bo inaczej wam wystygnie, jak dojdziecie do końca.
STANDARDOWO PRZYPOMINAM, ŻE WSZYSTKO ZAZNACZONE NA GRUBO MOŻNA KLIKNĄĆ
Gdy po raz pierwszy pisałem ponad 10 lat temu tzw. "Pamiętnik" z moich przemyśleń odnośnie Morbid Angel, miałem wówczas ogrom różnorakich materiałów i wiedzy, z czego duża część zdążyła przepaść w czeluściach internetu (z tego co widzę). A ponieważ nie jest to wiedza powszechna, postaram się to w miarę przybliżyć. A że mam napięty harmonogram (posty praktycznie przygotowane aż do maja), to postanowiłem to wcisnąć na niedzielę, jako nieplanowany, swoisty bonus / extras dla czytelników głodnych wiedzy i stwierdziłem, że nie ma sensu, żebyście czekali aż ponad miesiąc na to, aż przyjdzie kolej na tego posta.
W poście dotyczącym pierwszej odsłony Morbid Angel napisałem coś takiego:
"Nie miałem pojęcia, że kolesiom bliżej z charakteru do Motley Crue, niż do Deicide."
To zdanie zainteresowało naszego stałego czytelnika, z jakże zacnego bloga Darkness Descents (polecam, koniecznie wejdźcie) i co początkowo miało być prostą odpowiedzią, w trakcie pisania stało się masakrycznie długą dygresją, bo nie umiem zwięźle przedstawić zagadnienia, bez podania kontekstu i wytłumaczenia wszystkich powiązanych okoliczności. Tylko winni się tłumaczą, więc muszę się nieco obronić dzisiaj, z tego jakże słusznego porównania.
Owszem, napisałem to z przekąsem i złośliwością, ale nie jest to aż tak absurdalne i wzięte z dupy, jakby mogło się to wydawać. Jak każdy normalny człowiek i zjadacz chleba, przez to, że Morbid Angel grał Death Metal, to wydawało mi się, że są ekipą typowo tkwiącą mentalnie w podziemiu, trzymającą z nim sztamę i generalnie o nastawieniu anty-mainstreamowym. Pomyliłem się w każdym z tych aspektów. Temat jest niestety tak obszerny, że najłatwiej będzie wypunktować wszystko po kolei.
-----------------------------------
1) MIKE BROWNING - GŁÓWNY WINOWAJCA DZISIEJSZEGO POSTA
Zacznijmy na rozgrzewkę od kilku wywiadów z Mike'm odnośnie wczesnych lat działalności grupy. Bardzo szczegółowo, jak i dokładnie opowiada on o starych czasach. W mojej ocenie, postać Browning'a była kluczowa w przeciągnięciu Trey'a na ciemną stronę mocy, gdyż jako perkusista nie tylko dużo udzielał się w lokalnych projektach, a co za tym idzie, był osobą "światową", ale też zdecydowanie głębiej siedział w okultyzmie i się nim interesował, gdzie Trey tak naprawdę w dużej mierze ograniczał się do Necronomicona. Co prawda, nie jest to jedyne źródło wiedzy o prapoczątkach, ale jest ono na pewno najciekawsze i najłatwiejsze do znalezienia w sieci. A zatem...
Stary wywiad z 2004 (CTRL+F "make up" oraz "Rock Star attitude")
Voices From the Darkside (szkolne lata)
Death Metal Org (kilka ciekawych smaczków)
2) PREHISTORIA, CZYLI LATA 1980-1986
W pierwszych latach istnienia Morbid Angel, nazywali się wpierw Ice, a potem Heretic. Początkowo na wokalu pojawiały się kobiety (wcześniej byli instrumentalnym zespołem). Pierwszą z nich była Terri Samuels - 1984, ówczesna dziołcha Mike'a Browning'a (o której to nasz Mike nie raczył już nic wspomnieć w powyższych wywiadach). Kolejną była "Evilynn" - 1985 i tym razem, byłą to pannica Trey'a. W tamtym okresie grupa nie była jeszcze aż tak zadeklarowana muzycznie, jak później. Pojawiał się też okazjonalnie Keyboard i stylistycznie grano coś na wzór surowego Hard Rocka, jakiego było zresztą wtedy mnóstwo. Zwrot, jaki zespół później zrobi jest niebywały, ale zawdzięcza on przede wszystkim oryginalności, z jaką Trey gra na gitarze. W tym sensie jednak, przede wszystkim należy podkreślić, że podobnie jak Motley Crue, chcieli grać ostro i hałaśliwie, ale niekoniecznie planowali ograniczać się, jeśli chodzi o odbiorców, do wąskiej grupy ekstremistów. Świadczy też o tym fakt, że Trey modelował swoje riffy na zgoła tradycyjnym Angel Witch, który był główną inspiracją, co często wyjawiał w różnorakich wywiadach.
Kończąc ten punkt, koniecznie muszę napomknąć o ciekawej sprawie, jaką było wzięcie Kenny "Animal" Bambera na wokalistę w 1985, kiedy to grupa jeszcze wciąż poszukiwała swojej tożsamości. Bamber, będąc starszy, nie traktował małolatów poważnie, ale gdyby został w MA, to kto wie, może muzyka poszłaby w kierunku Mercyful Fate? To też ciekawe jak wokal ma wpływ na odbiór muzyki, chyba bardziej niż sam gatunek. Ta sama bestialska nuta ma zupełnie inny wydźwięk z innym wokalem, gdyż to on tak naprawdę kreuje wizerunek zespołu. Warto zwrócić uwagę jak bardzo wczesna wersja "Demon Seed" buja biodrami, co prowadzi nas do dylematu...
3) PIOSENKOWOŚĆ A OKULTYZM
Tutaj mała wtrątka, zanim ktoś rzuci mi argumentem, że przecież Morbid Angel miał zbyt szatańskie liryki, aby kiedykolwiek myśleć o przebiciu się do mainstream'u. Trzeba pamiętać, że okultyzm w muzyce popularnej istniał od dawna, dość wspomnieć choćby zapomnianą legendę Coven i ich niesławny debiut z 1969 r., którym to wg plotek, sam Black Sabbath się inspirował. Szatan zresztą miał się dobrze od czasów Rolling Stones (Bathory się może schować ze strachu w szafie):
A i sam Motley Crue, skoro o nich mowa, też nie wylewał Spermy Szatana za kołnierz...
(Nie mówiąc o tym, że płyta ma słynne, kontrowersyjne, ultra-surowe brzmienie. Motley Crue zbyt chętnie się ludziom kojarzy z byciem kobieciarzami i makijażem na ryju, a zapomina się o tym, że od strony muzycznej wcale nie grali oni czysto i łagodnie, nawet jeśli odnieśli ogromny sukces.)
Tak więc ten argument odpada. A w przypadku Morbid Angel, wiele ze starych utworów jak najbardziej miało charakter piosenkowy. Ba, jakby przyjrzeć się tym starszym riffom i je nieco spowolnić, to mają one nieco inny sznyt, niż typowa Death Metalowa produkcja. Dobrym przykładem jest "Angel of Disease", czyli najweselsza piosenka Death Metalowa wszech czasów, która to miała korzenie jeszcze w licealnym okresie grupy. A jak wam się uda, to poszukajcie na Soulseek wersję "Maze of Torment" z 1985 r., który był o połowę wolniejszy od tej znanej. I owszem, Morbids mają na koncie więcej brutalnych piosenek niżli melodyjno-radiowych, ale to też nie są typowe numery dla muzyki ekstremalnej. To z kolei prowadzi nas do...
4) TREY I JEGO CIĄGOTKI
Trey jest człowiekiem wielu fascynacji. Lubi Techno, Anime (Gundam Wing, Sailor Moon), Street Fighter, Doom, Quake, a także broń, sztuki walki, duchowość i inne boomerskie (w jego przypadku dosłownie) hobby. Z charakteru też jest to typowa przekora. Wielki fan Van Halen, ale jak się go o to bezpośrednio zapyta, to czasem się przyzna, a czasem nie, w zależności od humoru (aż dziw bierze, że się w ogóle przyznawał do wspomnianego wcześniej Angel Witch). W każdym bądź razie, mentalnie (a o tym przecież cały czas mowa), nie jest to typowy koleś, z jakim kojarzy się Death Metal, a i na tle innych freaków, Trey jest wręcz znany ze swojej ekscentryczności.
Czy Trey miał ambicję do grania na arenach / stadionach? Choć ma on nieco manierę i zachowanie gwiazdora (co podkreślają nieraz koledzy z jego branży), to wydaje się że w ostatecznym rozrachunku nie, tudzież go to raczej nie interesowało, lub może tego specjalnie nie rozkminiał, gdyż jest on na to zbyt skrytym i zamkniętym w sobie indywidualistą. Ale może właśnie dlatego związał się z dość kontrowersyjnym, choć przebojowym jegomościem...
5) DAVID VINCENT - Sylwetka Prowodyra
I tu poniekąd wreszcie przechodzimy do głównej przyczyny mojego nietypowego porównania. Bo jeśli poprzednie punkty stanowią tylko delikatny zarys i prolog, tak sama postać Davida Vincenta jest bez wątpienia zapalnikiem, który wymusił potrzebę napisania tego posta. Facet ten co do zasady nie był od początku ekstremistą, wręcz przeciwnie. Jego kariera miała polegać na byciu szefem wytwórni Goreque Records, jak i producentem i dyrektorem artystycznym. Z jakiegoś powodu, zauroczony talentem Trey'a, postanowił go zagarnąć dla siebie i przejąć Morbid Angel. Miał też na celowniku wydanie w 1986 r. Massacre, ale nic z tego nie wyszło, a mówię też o tym m. in., że ta grupa również miała kontrowersyjne okresy w historii (szef Earache wymusił na nich nagranie Death Metalowego debiutu, bo zespół chciał robić coś zupełnie innego, co zresztą znalazło swoje odbicie w "Promise"), tak więc ciągnie wilka do lasu.
Da się też zauważyć, że z płyty na płytę miał on coraz większy wpływ na styl grania grupy i dbał o obecność refrenów w utworach, co nie jest aż takie oczywiste w Death Metalu. Porównując jego czas w MA z tym, co grała konkurencja i to, jak bardzo się radykalizowała, można nawet mówić o wyraźnym, "Rockowym" duchu MA. A jednocześnie, za każdym razem jak odchodził z kapeli, to Trey robił ostry skręt w stronę bardziej konwencjonalnego, ekstremalnego grania. Jego wpływ na zachowanie grupy było więc dosyć wyraźne i znamienne. Ale to też nie jest tak, że Trey był bezwolną marionetką, bo jak było mu wygodnie, to nie miał nic przeciwko temu, aby spróbować czegoś mniej ortodoksyjnego, ale o tym jeszcze będzie później.
Po swoim pierwszym odejściu z Morbids, wraz ze swoją żoną, grał w zespole typu Industrial Rock ala Marilyn Manson, o nazwie Genitorturers. Swego czasu, David Vincent był też przezywany w internecie jako "Disco D.", albo David "Lee Roth" Vincent, w luźnym nawiązaniu do Davida Lee Roth'a (wokalista Van Halen jakby ktoś nie wiedział), głównie za sprawą jego kowbojskiego i mało Metalowego imidżu. Skojarzenie zresztą jak najbardziej trafne, bo co do zasady, Vincent nigdy nie był wierny Death Metalowi. W każdym bądź razie, David zawsze miał...
6) PARCIE NA SZKŁO
Nie jest przypadkiem też, że MA podpisało kontrakt właśnie z Giant Records (filia Warner Bros), czyli de facto samo topką, jeśli mówimy o bogate firmy, a którego to głównym sprawcą był właśnie Vincent, który zajmował się całą sprawą (że niby dla beki - ta, jasne). Ciekawi mnie też, czy próbował swych sił z Geffen Records, lub Atlantic. Wydaje mi się, że tak, choć zapewne dumne ego i bajera w gadce nigdy nie pozwoli mu się do przyznania do tego, że były to za wysokie progi.
I mam wrażenie, że autentycznie wierzył, że to co robią, uczyni ich gwiazdami prawdziwego formatu. Co prawda, nie tylko Morbidzi byli winni tego typu mentalu w ówczesnych latach. Ich kumple z wytwórni, czyli Carcass, Godflesh i Cathedral również mieli krótki flirt z mainstreamem. Carcass i jego postawa "Rotting In the Free World" / Rot 'n' Roll, wg Digby Pearson'a (szef Earache) mieli mieć ponoć ambicje bycia nową Metallicą. Godflesh (również wg tego samego źródła) z kolei ma nagrane niepublikowane demko bodajże z roku 1997 (?), które jest w stylu Oasis, a i "Selfless" też jest zgoła odmienny od reszty ich dyskografii. Cathedral zaś bez większych problemów ugrzecznił swoje brzmienie, gdy dołączył do wytwórni Columbia Records.
Żaden z nich nie odniósł większego sukcesu. Udało się go natomiast osiągnąć M.A., który nagrał aż dwie płyty dla Giant'a, czyli "Covenant" i "Domination", które to ówcześnie podzieliły nieco fanów i bynajmniej nie uwolniły od oskarżeń o "sprzedanie się". Sami powiedzcie, czy Glennowi Bentonowi, albo Cannibal Corpse kiedykolwiek przyszłoby do głowy, aby startować do komercyjnej wytwórni?
"Covenant" zresztą miał dość spory wpływ na następne pokolenia grające Metal (np. KoRn i Slipknot), wraz z Sepulturą i jej "Roots". Był on zresztą niemałym bestsellerem - w chwili debiutu na rynku aż 150 tys. sprzedanych kopii w USA i prawie pół miliona w reszcie świata. A wg różnych danych, udało się przekroczyć grubo ponad milion w 2000 r. Ale to miała być tylko rozgrzewka, gdyż tak wysoko zawieszona poprzeczka miała być strącona przez...
7) DOMINATION
Album ten miał być zresztą przełomem i nowym obliczem zespołu, jak i kierunkiem, w jakim miał zmierzać. Płyta ni to Death Metalowa, ni to... właśnie, jaka? Bardzo łatwo przyswajalna, nośna i piosenkowa. Po tym jak album okazał się być nieco wtopą, a i sama wytwórnia została wchłonięta przez Warner Bros, zostawiając grupę na lodzie, kierunek ten został bezceremonialnie przerwany wraz z odejściem Davida, na którego to spadła cała wina. Ale co się odwlecze, to nie uciecze...
8) ILLUD
Runda druga. Lubię tą płytę i ją broniłem w przeszłości, ale też nie da się ukryć, że wiele związanych z nią kontrowersji było zasłużonych. Niesławne "I Am Morbid" i "Radikvlt" są w 100% Vincenta i chyba spełnieniem jego długoletnich marzeń, które chciał zrealizować będąc w uznanym zespole.
Ktoś mógłby się dziwić temu, że Trey "zgadzał się" na te bardziej szalone pomysły, gdyby nie fakt (ujawniony przez Erika Rutana), że Trey nie tylko stał jak najbardziej w 100% za pomysłami Davida, ale też, że te bardziej odjechane pomysły były przecież autorstwa Trey'a, w tym "Destructos vs. the Earth / Attack" ale jako że nie spotkało się to z pozytywnym odzewem to standardowo Trey udawał Greka i kolejny raz wywalił Vincenta.
9) PRZEMYŚLENIA I KONKLUZJE
Trudno nie zauważyć, ze grupa niespecjalnie trzymała się z resztą sceny, żeby nie powiedzieć, że byli w kontrze do reszty. Nie umniejsza to ich zasług dla muzyki ekstremalnej, ale tak jak Lemmy widział siebie jako Rockmena i bronił się przed nazywaniem Motorhead muzyką heavymetalową, tak też mam wrażenie, że Morbid Angel od zawsze próbował się nieco uwolnić od łatki grupy ekskluzywnie Death Metalowej. A że kończyło się to niepowodzeniem, to zawsze wracali z podkulonym ogonem do tego, z czego byli znani.
Czy więc przesadziłem porównując M.A. bezpośrednio z Motley Crue? Nie można odmówić zespołowi chęci przełamania szklanego sufitu i wypłynięcia na szersze wody ze swoją twórczością, co też sukcesywnie potwierdza historia grupy. Największym argumentem za tym porównaniem, jak i głównym zarzutem będzie bez wątpienia osoba David Vincenta, do którego mimo wszystko mam sympatię, ale jednocześnie nie mam oporu przed określeniem go mianem "farbowanego lisa", a który to zawsze dostosowywał swój styl do grupy, z którą w danej chwili grał, a nigdy na odwrót.
Celowo nie poruszałem kwestii groupies i panienek, bo to w sumie normalne i zdrowe i nie temu miało służyć moje porównanie, a bardziej chodziło mi właśnie o taką mocno Rockową postawę grupy i postrzeganie samych siebie, jako supergwiazd, niż jak to ma w przypadku większości kapel Death Metalowych.
Kolejna rzecz, skojarzenie to trochę też wynikało z faktu, że zarówno MA, jak i MC zaczynały w podobnych latach, podobny zeitgeist, podobnych korzeniach i podobnych inspiracjach. Gdyby MA powstało w połowie lat '80, to pewnie bym porównał ich do innego zespołu - nie wiem, może do WASP? Coś bym na pewno znalazł.
No i co najważniejsze, konfrontując to z postawą Deicide, który po prostu robił swoje, który choć również miał rożne "korekty stylu", to przede wszystkim miał zupełnie inne do tego podejście, bardziej swojskie, bliższe fanom, bez zadęcia, na luzie i co najważniejsze, zawsze w podziemiu. Co najwyżej można się doczepić tego, że Glenn lubił prowokować pismaków swoimi wybrykami, ale tutaj bardziej jego prowokacje były wymierzone w chrześcijańską Amerykę, niżli w celu promowania samego siebie. Świadczy o tym też fakt, że z czasem zaniechał tego typu praktyk, bo zrozumiał, że przynosi mu to więcej szkody, gdyż przyciąga baranów szukających taniej sensacji, a tej Glenn już niespecjalnie chciał dawać w późniejszych latach.
Zestawiając te wszystkie większe, lub mniejsze elementy, TAK, Morbidom było bliżej z charakteru do Motley Crue, niż do Deicide. Była ambicja i była chęć podbicia świata. No i były też niezbyt popularne decyzje i upadek.
Żeby była jasność, UWIELBIAM Morbid Angel i to wszystko nie ma dla mnie jakiegoś większego znaczenia i nie jest ten cały wywód oskarżeniem, czy czymś negatywnym. Niemniej jednak, zależy mi przede wszystkim na tym, aby opisywać zjawiska i zachowania takimi, jakie są. Fascynujące jest przede wszystkim to, jak my szufladkujemy i oceniamy dany zespół, na podstawie tylko i wyłącznie ich muzyki. Jest to zresztą odwieczny dylemat, na ile należy oceniać sztukę w oderwaniu od artysty.
10) BONUS
Jako ekstra bonus, kilka fotek. Pierwsze, bodajże z roku 1987 / 1988 (tego typa za krzyżem możecie nie znać, to jest perkusista Wayne Hartsell). Davidek wygląda na nim, jak żywcem wzięty z zespołu Duran Duran.
A i Trey też jest udany (gdyby się pomalował to by pasował do kapeli Glam Rockowej):
Morbidzi niemalże jak Kiss na "Love Gun"?
Wkurwia mnie też jak bardzo trudne stało się wyszukiwanie zdjęć w obecnych czasach. Kiedyś jak bym wpisał Morbid Angel + Glam Rock, to nie byłoby żadnych problemów, dzisiaj to ja muszę szukać i grzebać w odmętach neta, żeby znaleźć odpowiednią ilustrację, a i tak nie jestem do końca zadowolony z efektów końcowych.
Mam nadzieję, że wyczerpałem temat i zaspokoiłem ciekawość.
że tak szybko to napiszesz to się nie spodziewałem
OdpowiedzUsuńJeszcze machnąłem osobnego posta o Richardzie Brunelle, ale to już pod koniec kwietnia pójdzie. Początkowo miał się pojawić w tym poście paragraf o nim, ale że nie wniosłoby to za wiele do tego tematu, to stwierdziłem, że zamiast tego zrobię o nim małą wspominkę.
Usuń