Anatomia USA: Morbid Angel III
(stara analiza sprzed 10 lat, poprawiono błędy i powtórzenia)
(*&^%$#@!)(*&^%$#@!)(*&^%$#@!)(*&^%$#@!)(*&^%$#@!)(*&^%$#@!)(*&^%$#@!)
B LESSED ARE THE SICK
Nieco abstrahując od tematu, choć jest to poniekąd dowód na wpływ internetu na to, że dany album staje się legendą. Przed epoką internetu za najlepszy album Morbid Angela uważało się „Blessed Are The Sick”, lub ewentualnie „Covenant”, bo uczynił ich sławnymi. „Altars” miało poważanie głównie w tym najbardziej ortodoksyjnym podziemiu. Natomiast obecnie jest on generalnie traktowany jako najlepsza płyta Death Metalową wszechczasów. „Blessed” przez to jest dość często ignorowany, albo olewany, a przecież jest to jedyna płyta zespołu, która doczekała się wydania edycji z filmem dokumentalnym o powstawaniu tegóż albumu na DVD. Powód? Płyta była bestsellerem w Earache.
Kolejne olśnienie mnie dopadło gdy usłyszałem tytułowy utwór „Blessed are the sick” w pierwotnej wersji (wtedy jako „Killing All”). Myk polegał na tym, że ta wersja była zagrana w stylu Altars, czyli zupełnie inny wokal, inne gitary, inna perkusja. W porównaniu do pozostałego repertuaru faktycznie brzmiał jednak nieco odmiennie gdyż był on dosyć powolny nie tylko jak na ten zespół, ale jak i na Death Metal w ogóle. Można rzec, że ta konkretna wersja miała się do reszty jak pięść do nosa i nie była specjalnie przekonywująca. Brzmiała ona bardziej jak próba przekombinowania.
Chciałoby się to nazwać Sludge, Heavy, nawet jeśli są to kompletnie odrębne gatunki. Są też krótkie, niemalże Grindcorowe strzały. Ta mieszanka działa na zasadzie, że to, na czym się bardziej skupiasz, jest tym jak później kojarzysz ten album. Płyta jest też poniekąd za krótka. Zespół zawsze miał własny charakter / osobowość, ale bez wątpienia jest to nowe oblicze, niż kwestia samego progresu.
Intro – nieco przydługie słuchowisko, w którym słychać dosyć dziwne szumy i hałasy. Czytałem różne plotki odnośnie intra, ale żadnych oficjalnych informacji. Możliwe, że są jakieś ukryte gdzieniegdzie dźwięki. Jednak to co jest ważne, to to, że intro płynnie przechodzi w następny, kultowy utwór.
Fall From Grace – charakterystyczny i kultowy riff otwierający ten dosyć mistyczny album. Jeden z tzw. walców i w jakimś stopniu ikona płyty. Końcówka jest dosyć dziwaczna i brzmi jakby ktoś jechał zbyt szybko na karuzeli i potem doznał uczucia nudności.
Brainstorm – tu mamy z kolei utwór błyskawiczny. Pamiętam, że gdzieś czytałem, że "Brainstorm" pochodził od jakiegoś starszego utworu MA, ale nie mam pojęcia jakiego i raczej nie znalazłem żadnego rehearsala potwierdzającego tą teorię. Mimo to, można odnieść wrażenie, że Trey jakby użył jakiś starych riffów.
Rebel Lands – nieco olany utwór przez zespół i fanów. Osobiście bardzo go lubię. Nigdy nie był grany na koncertach niestety. Prosty, ale bardzo dobry motyw.
Doomsday Celebration – czy była to wtedy profanacja dla metalu? Dobre pytanie. Myślę, że na pewno wiele osób kręciło nosem, bo keyboardowy przerywnik.
Day Of Suffering - mój osobisty faworyt. Krótko i treściwie. Taki punkowy Death Metal.
Blessed are the sick / Leading the Rats - seksualna piosenka? Możliwe. Pogańska na pewno. Tytułowy utwór, do którego powstał całkiem profesjonalny klip, choć mało znany. Outro jest fenomenalne. Gdy je słyszę, przypominam sobie o tym, że wszyscy kiedyś umrzemy.
Thy Kingdom Come – utwór znany z demo pod tym samym tytułem. Demo to pozwoliło MA na podpisanie kontraktu z Earache, nie mówiąc o tym, że utwór pojawił się na dość znanej kompilacji „Satan’s Revenge” obok Ripping Corpse, czy Necrovore, osobistych rywali Morbidów (przynajmniej z punktu widzenia samego Necrovore).
Unholy Blasphemies - staroć, różnica przede wszystkim polega na tym, że piosenka jest o połowę krótsza. Wynika to z tego, że w pierwotnej wersji solówki trwały ponad minutę. Oprócz tego, był jeszcze powtórzony refren (który notabene tekstowo się różni, i myślę, że był to fragment napisany przez Browninga). Ta wersja ma z kolei dodatkowo przejście, które brzmi typowo Morbidowo, czyli tak jakby się zacinało, albo było grane od tyłu.
Abominations – długi i klimatyczny utwór. Bardzo dynamiczny rozwój piosenki sprawia, że się nie nudzimy słuchając go. Nie ma sensu go analizować, trzeba przesłuchać.
Desolate Ways – jedyny utwór Brunelle’go, który uzyskał zielone światło od Trey'a i trafił na płytę. Żal, koleś zdecydowanie powinien był więcej tworzyć.
The Ancient Ones – znane wcześniej jako „Azagthoth”, ciężko jest jednoznacznie określić klimat tego utworu. Jest on bardziej sielankowy, ale ma też przejebane momenty. Nie ma tu aż tak wielkich różnic jak w przypadku „Unholy Blasphemies”, obie wersje są stosunkowo podobne. Jedyne różnice mogą być w solówkach, które wynikają z tego, że w starszej wersji Trey mógł mieć nieco inny sprzęt, itd.
In Remembrance – fortepianowe outro. Kolejna nieoczekiwana niespodzianka jak na zespół, który wcześniej od początku do końca wymiatał. Nie da się ukryć, że ten album ma pewną dostojność i pachnie kosztowną produkcją i przepychem. Jednak buntowniczy duch zespołu wciąż jest obecny.
Świeżość materiału: Fall From Grace, Brainstorm, Rebel Lands, Day of Suffering – premierowe. Blessed Are The Sick – też nowe, ale grane już wcześniej na koncertach. Thy Kingdom Come – 1987 rok. Unholy Blasphemies, Abominations, Ancient Ones – 1986 rok, nowe wersje. Reszta to miniaturki, lub instrumentale.
Podsumowanie: Premierowe utwory: 4. Nowe: 1. Stare 4. Instrumentali: 4. Jak widać, mimo zrzucenia bagażu zespół wciąż jeszcze miał kilka rzeczy do wykorzystania. Wiele osób zarzucało, że te starsze utwory były w lepszym stylu niż nowsze. Ogólną świeżość płyty oceniam na: 55%, a z instrumentalami aż 70%.
Komentarze
Prześlij komentarz