Anatomia USA: Morbid Angel II
(uwaga, to są stare notatki z 2011, z poprawionymi błędami i lekką korektą stylistyczną, część informacji się niestety powiela z "Abominations")
^V^V^V^V^V^V^V^V^V^V^V^V^V^V^V^V^V^V^V^V^V^V^V^V^V^V^V^V^
A LTARS OF MADNESS
Pomiędzy Abominations a Altars przewinęło się trochę luda i wśród nich należy wspomnieć Wayne'a Hartsell'a, który nagrał z grupą materiał, który trafił na singiel "Thy Kingdom Come", oraz Sterling Von Scarborough, który miał ciągotki Grindcore, a który później z Browningiem założyli Incubus i nagrali krótkie demo (również wydane jako singiel), gdzie trafiły numery napisane dla Morbid Angel, ale odrzucone przez Trey'a. To tyle jako prolog.
Chyba najmniej analizowana płyta przeze mnie, co nie znaczy że mało jej słuchałem, wręcz przeciwnie. Początkowe przesłuchania sprawiały wrażenie płyty monotonnej i powtarzającej się. Fakt faktem, że Morbidów poznałem niejako na końcu, po Suffocation, Marduk i reszcie ekstremy. Trochę czasu zajęło, aby zaakceptować muzykę w całości. Wielu ludzi lubi ten album bardziej z powodu ekstremy niż zawartości moim zdaniem. Sam album można podsumować jako Slayer, tyle że kilkakrotnie szybszy, plugawszy i bardziej szalony. Pytanie, czy jest to Death Metalowy Slayer jest więc akuratne, gdyż solówki jak najbardziej nasuwają pewne skojarzenia. Ale dla fanów Metalu jest to jak najbardziej plus. Dużo bardziej mile jest widziane kopiowanie dobrego zespołu niż tworzenie czegoś oryginalnego. Morbid Angel jednak de facto zaprezentował nieco więcej od siebie i udowodnił również następnymi płytami, że mają nieco więcej do zaoferowania od innych.
Okładka Altars jest dosyć nietypowa. Wydaje się przedstawiać wnętrze czarnej dziury w kosmosie, albo dno jakiejś otchłani. Natomiast przez jakiś czas myślałem, że może być to jakaś planeta, albo bliżej nieokreślona sfera kosmiczna. A jak wam się wydaje? Co to właściwie jest do cholery?
Na tej płycie Trey przede wszystkim chciał się pozbyć balastu i nagrał ponownie wiele starych utworów, nieco przearanżowanych momentami. Płyta ma dużo smaczków i drobnych ciekawostek, jak choćby intro do „Immortal Rites”, czy klawisze z tegoż utworu.
Dzięki książeczce człowiek jest w stanie odróżnić temperament obu gitarzystów. O ile Brunelle wali po strunach jak Kerry King i stara się być nieco melodyjny jak Hanemann, o tyle Van Halen'owskie masturbacje Trey'a potrafią złamać psychikę. Oboje panowie mają podobny styl, tyle że Trey jest bardziej szalony i chaotyczny.
Jeśli chodzi o wokal, to zastanawiałem się, dlaczego się on różni aż tak bardzo do późniejszego stylu Vincenta? Otóż mam pewną teorię, że na pierwszej płycie mamy do czynienia z archiwalnym materiałem, który pierwotnie był wykonywany przez Dallasa Ward'a (pierwszego wokalisty MA), to rola Davida ograniczała się w dużej mierze do interpretacji i odtworzenia tego stylu. Ale to tylko moja teoria.
Co może być też zastanawiające, to fakt, że poza zachwytami, pojawiały się również ówczesne recenzje, które wyśmiewały muzykę Morbidów jako hałas. Trochę żałuję, że nie zapisałem sobie tych starych znalezisk, które swego czasu przeglądałem, bo byłby ciekawy kontrast.
Immortal Rites - nieoficjalny hit i najważniejsze dokonanie MA. Jeśli miałbym kogokolwiek przekonać do Death Metalu, to puściłbym to plus "God Of Emptiness", również MA. Środek utworu jest epicki i powinien być przykładem tego, czym jest Death Metal w ogóle. Utwór jest niezwykle starannie skomponowany. Intro zawiera główny motyw puszczony od tyłu, pomysł który był efektem Trey'a obserwującego proces masteringu, gdzie się puszcza płyty od każdej strony i został dodany wraz z klawiszami w ostatniej chwili. Zespół pomimo zamknięcia się w określonym gatunku przejawiał również nieraz klimaty stricte Rockowe, co słychać przy uważnej analizie. Sam utwór czerpie ze starszego numeru MA, zwanego… „Morbid Angel", 15-minutowy opus znany tylko i wyłącznie ze starych nagrań koncertowych, przede wszystkim w postaci głównego riffu.
Suffocation – pewien niedoceniony zespół nazwał się po tej piosence. Łącznie z następnym utworem tworzy taką pewną trójcę, która otwiera płytę. Są to niewątpliwie najświeższe kompozycje na tej płycie pod względem chronologicznym.
Visions from the Dark Side – początek jest bardzo dobry. Pewien zin, który jest jednym z moich ulubionych, nazwał się podobnie jak ten utwór: „Voices from the Dark Side”. Utwór, krótki i równie przebojowy, co poprzednie dwa.
Maze of Torment – czy przesadzę jak powiem, że jest to niemal klasyczny motyw? Przyznam szczerze, że jestem zdziwiony tym, że utwór ten nie trafił na „Abominations...”, ale może to i lepiej, bo wtedy prawdopodobnie nigdy byśmy nie poznali pewnie „Demon Seed”, albo „Hell Spawn”. To co jest wizytówką zespołu, to umiejętna zmiana temp. Potrafią oni przejść od tzw. blitzkrieg (czyli bardzo szybkiego napierdalania), do Sludge/Slime wolnych przejść. Chyba najstarszy numer na płycie, wraz z fragmentami "Immortal Rites".
Lord of All Fevers and Plague – czy dobrze, że było to nagrane jeszcze raz? Ja osobiście uwielbiam wersję live z „Entangled...”. Ta piosenka najlepiej sprawdza się w wolniejszej wersji, gdzie pewne niuanse są lepiej uchwycone.
Chapel Of Ghouls - różnica wobec starszej wersji jest przede wszystkim w solówkach (Trey za każdym razem gra to inaczej, niby podobnie, ale zupełnie inaczej), oraz w tym, że moment po przejściu z klawiszami jest zrobiony z efektem mającym sprawiać wrażenie, jakby diabeł śpiewał.
Bleed for the Devil – nieco ignorowany hit zespołu, dość rzadko grany i wspominany, ale jednak hit. Jest to druga wersja, nieco poprawiona, oryginalną można znaleźć na nagraniach starych prób.
Damnation – właściwie od poprzedniego utworu zaczęła się ta część nieco bardziej psychodeliczna, jeśli można to tak w ogóle nazwać.
Blasphemy - tytuł skrócony z "Blasphemy of the Holy Ghost", niewiadomo do końca czemu. Cenzura nie istniała w Earache. Utwór dosyć stary jak na tą płytę, ale wiadomo było, że musiał się pojawić.
Evil Spells - utwór zamykający pierwotną wersję albumu. Od jego poprzedniej wersji (czyli "Welcome to Hell") różni go przede wszystkim przejście po refrenie. W tej wersji jest ono bardziej Death Metalowe. Są też drobne korekty tekstowe w stosunku do oryginału. Dynamika wokalu nie uległa natomiast zmianie.
Świeżość materiału: Immortal Rites – zawiera fragment utworu „Morbid Angel” z 1984 który ewoluował w świetnym kierunku. Suffocation, Visions From the Dark Side – raczej premierowe utwory, co prawda grane na żywo już pod koniec 1988 roku, ale można powiedzieć, że prawie równocześnie z nagrywaniem płyty. Maze of Torment – staroć i to aż z 1984. Lord of All Fevers and Plague – co prawda bonus, ale stary, 1984 rok. Bleed for the Devil, Chapel of Ghouls – 1986 rok, jest to druga wersja Chapel. Damnation – stosunkowo starszy wśród nowszych, początek 1988 roku. Blasphemy – starszy utwór, z 1987 roku. Evil Spells – remake „Welcome to Hell” z 1986 roku.
Podsumowanie: Premierowe utwory: 2,5 (można rzec pierwsze 3). Nowsze utwory: 1. Starsze utwory: 6,5. Poziom świeżości oceniam na: 35%. Ta płyta to tak naprawdę jeden wielki remake i bardziej dokument początków zespołu.
Z tego okresu pochodzi chyba jedyny odrzut MA w historii, a mianowicie "Funerals". Przy czym w tym znaczeniu, że grany na koncertach, ale nigdy nie było wersji studio. Utwór nieco w klimacie "Suffocation" i "Visions of the Darkside" jeśli chodzi o klimat i tempo. Myślę, że jedynym powodem dla którego nigdy się nie znalazł na płycie jest fakt, że został stworzony przez Brunnelle'a. Jest to skandal i zamach stanu. A tak serio, to nieco przykra sprawa, bo utwór całkiem dobry i od razu zapadający w głowę, a i też ambitnie rozbudowany. Sam Trey przyznał, że nie lubi grać czyichś pomysłów.
Komentarze
Prześlij komentarz